Długo zbierałem się do tego żeby napisać ten post. Właściwie cały czas coś mi przeszkadzało. A kiedy wydawało się, że w końcu się uda, to… zapomniałem zabrać ze sobą kasety do zdjęć. Teraz jednak wszystkie decydujące czynniki zagrały więc porozmawiajmy sobie o Lush i wydanym w 1996 roku albumie “Lovelife”.

Zespół powstał pod koniec lat 80., a jego prime przypadł gdzieś w połowie kolejnej dekady. W tym okresie takim polskim okienkiem na świat jeśli chodzi o nowości muzyczne był magazyn “Tylko Rock”. Mój tata, kupujący regularnie wszystkie numery, czerpał więc muzyczne inspiracje przede wszystkim stamtąd. Zasłuchiwanie się w Suede, Cocteau Twins czy Lush – wszystko to właśnie dzięki “Tylko Rockowi”. Lush rozpadł się jednak w 1998 roku i stało się zespołem, przez publikę i przeze mnie, nieco zapomnianym. Do czasu aż w Empiku pojawiło się krótkie wznowienie poprzedzającego “Lovelife” albumu “Split”. Wysłuchałem, następnie sięgnąłem po drugi z wymienionych krążków… no i w głowie miałem tylko jedno spostrzeżenie – to są dwie zupełnie rózne płyty. Kiedy “Split” jest osadzony jeszcze w tak zwanym Shoegaze, tak “Lovelife” to po prostu zwrot w kierunku britpopu. Zespół za wszelką cenę chciał odnieść sukces, wytwórnia naciskała więc trudno oprzeć się wrażeniu, że krążek nabrał przez to bardziej komercyjnego wymiaru.

Album zaczyna świetny, gitarowy “Ladykillers”. W kategoriach wpadającego w ucho przeboju, ten kawałek nie ma sobie równych. Jeden z tych utworów, które po prostu mi się nie nudzą. Następnie mamy utrzymany w podobnym stylu “Heavenly Nobodies” i “500” – hit, który razem z “Ladykillers” i najpopularniejszą kompozycją zespołu, czyli “Single Girl” to sztandary tej płyty. W drugiej części krążka jest jeszcze zaśpiewany z Jarvisem Cockerem “Ciao!” czy “Childcatcher” – też znakomity.

“Lovelife” to płyta, która za wszelką cenę chce być modna. Może to przeszkadzać, ale ta zmiana brzmienia przyniosła zespołowi duże odświeżenie. Szkoda że niedługo później doszło do smutnego rozpadu grupy.

© 2023 Wszystkie prawa zastrzeżone