Sinéad O’Connor "The Lion and the Cobra" / "I Do Not Want What I Haven’t Got"




Nic konkretnie o muzyce, tylko bełkot o sobie… dramat.” Dawno nic nie pisałem. Po pierwsze dotknęło mnie najpowszechniejsze zjawisko na świecie - brak czasu. Po drugie, czerpię ostatnio naprawdę dużą przyjemność z słuchania muzyki, ale, przez jakiś czas, miałem też przyjemność zostawiania przemyśleń na jej temat tylko dla siebie. W końcu się to jednak zmieniło. Znowu zacząłem od siebie… ale obiecuję, już zmieniam temat.

Zaraz miną ponad dwa miesiące od śmierci Sinead O’ Connor. Odszedł symbol buntu, dla wielu buntu niezrozumiałego. Przyznam, że nie zawsze stałem po stronie wokalistki. Sam wielokrotnie kwestionowałem to co chciała przekazać. Bo bez wątpienia była postacią niezwykle tragiczną i skomplikowaną. Z drugiej strony niezwykle wyrazistą. Wtedy - 26 lipca, zrobiło mi się jednak dość przykro. Może dlatego, że odeszła tak smutna postać? Że już nigdy nie wyszła na prostą? Nie wiem. W każdym razie wróciłem do dwóch pierwszych albumów Sinead. Znów odsłuchałem „Jackie” czy „Nothing Compares 2 U”. Coś mnie przeszyło, a jednocześnie ogarnął mnie pewien komfortowy spokój. Stwierdziłem, że ta muzyka nadal ma coś w sobie.

Kariera wokalistki przypomina mi działanie samolotu podczas przeciągnięcia. Błyskawiczny wzlot i tak samo dynamiczny upadek. Wszystko działo się tak szybko i intensywnie. O’ Connor zyskała głos, zaczęła być zauważalna. Została artystką roku według „Rolling Stone”. Była jednak wciąż niezwyciężona, nie chciała się dostosować i wciąż ceniła niezależność. Nigdy się nie ugięła, a kiedy na wizji podarła zdjęcie papieża przypieczętowała swój cyrograf ostracyzmu. To paradoksalne, bo mam wrażenie, że gdyby urodziła się nieco później, jej los mógłby być zgoła inny.

Tomasz Beksiński napisał kiedyś, że Sinead na swojej drugiej płycie brzmi jak Suzanne Vega. Nie jestem aż tak drastyczny, ale też wolę debiut wokalistki. Ten pazur, zadziorność i niesamowitą siłę jaką niesie ten album. Sinead na „The Lion and the Cobra” krzyczy, a ten krzyk rozdziera wszystkie ściany. Na drugim jest dużo spokojniej, jest komfortowo i usypiająco. Wciąż jednak to klasyk - nie tak dobry, ale bardzo charakterystyczny ślad w historii muzyki.

No i znowu było o sobie. Wybaczcie.

 

© 2023 Wszystkie prawa zastrzeżone


Jacek Stęszewski: Musimy się wyluzować, częściej uśmiechać do siebie, szanować się i... sprzątać po psach


Przygotowując się do naszej dzisiejszej rozmowy, wpisałem sobie w google hasło „Jacek Stęszewski”. Piąta albo szósta pozycja w wyszukiwarce brzmiała „Jacek Stęszewski: kto to?”. No właśnie, więc zapytam tak przewrotnie na samym początku: kto to? Gdybyś miał nakreślić swoją sylwetkę kilkoma słowami…

O kurde bele, takiego pytania się nie spodziewałem. <śmiech> No dobrze, wybrniemy z tego jakoś, choć człowiekowi zawsze najtrudniej mówić o sobie samym. Czterdziestotrzylatek od urodzenia związany z Katowicami, przywiązany linami do swojego miasta. Nigdy stąd nie wyjechałem na stałe, nawet nigdy nie zmieniłem swojego osiedla. Nie wiem dlaczego, coś mnie tu trzyma i sprawia, że czuję się dobrze. W planach mam kiedyś wyjazd, bardzo marzy mi się Barcelona, byłem tam już wiele razy, chciałbym kiedyś móc spędzać tam przynajmniej kilka miesięcy w roku. Jednak na pewno nie na ten moment, cały czas za dużo się dzieje, dużo jeszcze tutaj do zrobienia.

Co poza tym? Ojciec dwójki zajebistych dzieci, mąż i człowiek, który robi wiele rzeczy na raz. Pracujący jako IT Project Manager w bardzo fajnej firmie - iteo, zajmujący się muzyką i wszystkim dookoła niej - zarówno w Końcu Świata, jak i solowo, a od czasu do czasu jeszcze uczący angielskiego. Cały czas szukający czegoś, co trzeba by znaleźć, odkryć,  zdający sobie sprawę, że w życiu piękne są tylko chwile, cała reszta to szarpanina, katorga, gnicie,  wiosłowanie często pod prąd czy cytując „Dzień Świra” miotanie się bezradnym pieskiem. Tylko te momenty są naprawdę fajne…, czyli w tych fajnych momentach szczęśliwy, czasami odkopujący gdzieś to szczęście. Już od podstawówki zaprogramowany i załadowany smutnymi wierszami, opowiadaniami będącymi sumą nieszczęść historii naszego kraju. Dlatego też język polski wspominam jako taką mentalną rzeźnię. Bo jeśli już w podstawówce uczysz się na pamięć utworów literackich i do dzisiaj pamiętasz „haftowali ci, syneczku, smutne oczy rudą krwią, malowali krajobrazy w żółte ściegi pożóg” i tak dalej, to wsiąka to w ciebie i nie tak łatwo być później optymistą w iście amerykańskim stylu i mieć śnieżnobiały uśmiech. Przynajmniej optymistą w twórczym tego słowa znaczeniu, bo życiowo raczej do smutasów się nie zaliczam.

W dodatku od szóstego roku życia byłem w harcerstwie, stąd też podejrzewam tak dużo tej czerni w moich tekstach. Wiem to i zdaje sobie z tego sprawę. Kilka razy próbowałem napisać wesołą piosenkę… jest  ”Pijany Tramwaj”, ale wyszedł z tego bardziej kabaret. Nie chciałbym nagrać całej płyty brzmiącej jak ten utwór. To jest raczej epizod. Są inne zespoły, które to robią świetnie. Chociażby Big Cyc czy Łydka Grubasa. Ja tekstowo poruszam się w zupełnie innych klimatach. Nie umiem pisać takich piosenek. Taki po prostu jestem i tak już przesiąknąłem różnymi rzeczami. Chyba mi z tym dobrze. Trochę odbiegłem od pytania, ale ten powyższy opis precyzuje kim jest Jacek Stęszewski.

Myślę, że to tyle…, aczkolwiek mógłbym jeszcze powiedzieć… wielki fan zarówno piłki nożnej, koszykówki i tym samym Diego Maradony i Michaela Jordana.

Zawsze będę twierdził, że do dziś to najlepszy piłkarz świata, a poza tym świetny człowiek, przynajmniej z tego co o nim przeczytałem, bo nigdy nie poznałem osobiście. Już jako 15 - latek utrzymywał całą swoją rodzinę, a wspomnę, że miał ośmioro rodzeństwa. W każdym razie gdybym miał być piłkarzem, chciałbym być jak Diego.

Do dzisiaj grywam też w koszykówkę. Michael Jordan zawsze był dla mnie inspiracją, symbolem ciężkiej pracy i niezłomności. Długo marzyłem o grze w NBA, nie udało się, moja kariera skończyła się na Klubie Huty Baildon. Jednak reaktywowałem temat i NBA mam zawsze w środy w Siemianowicach Śląskich. Powołałem taką grupę “emerytów” do grania i w każdą środę wchodzimy na parkiet i wtedy na boisku życie się nie liczy. To jest nasze NBA. Zadbałem też bardziej o siebie. Jakiś czas temu rzuciłem palenie, prowadzę nieco zdrowszy tryb życia, nie chciałbym się wykoleić po czterdziestce i skończyć z jakimś niedowładem czy udarem.  Przez wiele lat nie prowadziłem się najlepiej. Paliłem jak smok, za kołnierz też nie wylewałem.  Czułem po sobie, że zmieniam się w betonowy kloc. Teraz jako czterdziestotrzylatek czuję się lepiej niż te kilka lat wstecz.

Rozciągając to słowo wstępu, ja od razu uprzedzę na początku, że… mogę być w tej rozmowie nieco nieobiektywny. Ja po prostu bardzo lubię twórczość Końca Świata. Z przyjemnością wracam też do solowych „Peweksówki” i „Księżycówki”. Pamiętam, że wszystko zaczęło się, kiedy mój brat z 10 lat temu podrzucił mi do słuchania „Oranżadę”. Myślisz, że to wasza najlepsza płyta w dorobku?

Myślę, że najlepsza i na pewno najbardziej popularna. Są na to statystyki i pewne liczby. Ta płyta sprzedała się najlepiej, co oczywiście nie oznacza, że zarobiliśmy na niej miliony. To są nieco inne proporcje. Patrząc na Spotify czy na YouTube „Oranżada” jako piosenka znajduje się zawsze na pierwszym miejscu, zaraz później jest „Serce w Paryżu”. One zdecydowanie przodują, królują. Na koncertach też jest to zauważalne. Te utwory ewidentnie grzeją serduszka tych większych, jak i mniejszych, fanów.

To jest też twój ulubiony album z dyskografii? Czy w ogóle byłbyś w stanie wskazać, że któryś jest twoim ulubionym?

Wszystkie są ulubione, jednak “Oranżada” ma w sobie te magiczne pierwiastki. Ten album pchnął nas do przodu, spopularyzował też nasz zespół tu i ówdzie. Może nie w takim stopniu jak każdy by sobie tego życzył i zamarzył, ale otworzył nam niejedne drzwi.  Jeżeli ktoś mówi, że gra, aby być niezależnym i podoba mu się granie dla dziesięciu osób, to zazwyczaj kłamie. Grasz po to, aby mieć jakiś odbiór, publiczność, kogoś, kto chwyta twój przekaz i płynie z tobą na tej samej fali i patrzy w tę samą stronę. Chcesz widzieć, że dostarczasz komuś jakieś przeżycia, emocje, że działasz na kogoś terapeutycznie, wiesz o co mi chodzi…

To jest płyta, która dała nam naprawdę sporo i do dzisiaj trochę niesie do przodu  siłą inercji. Więc zdecydowanie tak, pod tym względem to moja ulubiona z pozostałych ulubionych płyt. Czy najlepsza pod względem tekstowym, kompozycyjnym, jakości nagrania? Można się kłócić, chociaż wydaje mi się, że raczej nie.  Co do  jakości nagrania na pewno nie. Pod tym względem najbardziej podoba mi się nasza ostatnia płyta „Durny”, gdzie był producent, my byliśmy mądrzejsi i cały proces nagrania był zdecydowanie bardziej uporządkowany. Jak puszczam „Durnego” nie mam poczucia, że brzmi to jak jakiś garaż. „Oranżada” może nie jest technicznie przyzwoita, ale Sex Pistols też nie brzmiał najlepiej, a zrobili karierę. Oczywiście to były inne czasy. Czasami są numery, które są nagrane przez kompa na partyzanta, czy też w słabym studio, ale są na tyle dobre, że ludzie i tak to kupią nie patrząc na jakość.

Wracając jednak do pytania. Może „Oranżada”, jako sama piosenka, spopularyzowała się dlatego, że Tomek Kłaptocz w niej zaśpiewał.

Kiedy jeszcze śpiewał w Akuratach, była to kapela, która aspirowała do bycia zespołem numer jeden w naszym kraju. To był band, który miał swój niepowtarzalny charakter, był mocno niezależny, robił świetną muzę i był absolutnie nie do podrobienia. Jak oglądałem ich koncerty czułem, że kilkanaście lat są w stanie zająć miejsce nawet Kultu. Nie wiem czy to nie jest za dużo powiedziane, ale to mogła być absolutna czołówka. Akurat było wtedy nawet mocniejsze od zespołu Happysad, który już wtedy był bardzo popularny i wypychał po brzegi wszystkie kluby w naszym kraju. Dla mnie to ogromna szkoda i kulturalna tragedia narodowa, że nie usłyszę już więcej płyt Akuratów z Tomkiem. Umówmy się, płyty po odejściu Tomka może są niezłe, ale to już nie jest to. Charyzma Tomka na wokalu plus wspaniały talent kompozytorski i tekściarski Piotrka Wróbla stanowiły o sile ówczesnego Akurat. Te dwie wielkie siły stworzyły coś absolutnie wybitnego.

Być  może to właśnie  obecność Tomka była wartością dodaną tego utworu. Może przede wszystkim, ta jego charyzma, ten rozpoznawalny głos, kto wie…?

Kiedy pisałem recenzję tego krążka w październiku zeszłego roku, nie spodziewałem się tak pozytywnego odbioru. Nie jesteście jednak zespołem na topie. Ja lubię określać, że niesłusznie znajdujecie się w drugiej linii popularności…

Zdecydowanie nie jesteśmy na topie. Nie wiem czy w tej drugiej linii… zależy jak na to patrzeć. Na pewno nie jesteśmy w tej pierwszej, ale i na szarym końcu też nie. Bywały takie okresy, że byliśmy już blisko, by za chwilę znowu stracić peleton z oczu. Nie wiem, od czego to zależy. Były czasy, kiedy mieliśmy więcej swobody i czasu wolnego, to graliśmy dosłownie wszędzie, w każdej dziurze, w jakiej się tylko dało. Później musieliśmy pójść do pracy, ażeby utrzymać zespół, to musieliśmy grać po prostu trochę mniej, ale lepiej jakościowo. Nie chcieliśmy już grać w dziurze dla piętnastu osób, bo po prostu przez te dziesięć lat ryliśmy dosłownie wszędzie, w każdym zakątku. To było naprawdę koszmarne hobby, jedziesz na weekend, grasz dla 10 osób, bileter z kapeluszem i pieczątką nawalony jak stodoła, ludzie zamiast wrzucac do kapelusza, to zeń podbierają. Koszmar :) . Byliśmy młodzi i było git, mieliśmy to gdzieś, byle zagrać i fajnie spędzić czas. Teraz trudno nam sobie na to pozwolić. Staramy się, żeby było to bardziej poukładane i przede wszystkim zaplanowane. Nie ciśniemy, nic na siłę.

Kiedyś więcej dzwoniliśmy do radia, wciskaliśmy się na press tour, itp… byliśmy jak taki natrętny akwizytor. Wiesz, jak to jest, jak przychodzi akwizytor i nikt nie chce od niego nic kupić. Teraz już trochę głupio cisnąć. Robimy swoje, będziemy robić piosenki a potem je grać. Bez presji. Każdy z nas ma swoje źródło utrzymania. Cieszymy się z tego, że dalej jesteśmy niezależni, że nie musimy grać koncertu, którego nie chcemy. Możemy nadal robić to, na co mamy ochotę i sprawia nam to frajdę. To jest fajne. Jesteśmy wolni, możemy iść :)

Ogólnie tak, masz rację. Jesteśmy w tej drugiej czy trzeciej linii popularności. Może już nigdy nie będziemy wyżej, może zdarzy się jakiś cud. Trudno powiedzieć. Dla mnie i dla całego zespołu najważniejsze są koncerty klubowe. Dopóki one są okej i po całej trasie jesteśmy w stanie opłacić realizatora, technikę, pokryć koszty operacyjne i jeszcze zostanie na cukierki… to jest super. Kluby nadal chcą nam organizować takie imprezy i to jest najlepsza weryfikacja. Ostatnia trasa, czyli Folk Tour była prima sort, wszystko tam zagrało.

Czujesz się doceniony jako artysta, jako wokalista Końca Świata? 

W takich chwilach jak ta, zdecydowanie tak. Właśnie rozmawiam z gościem, który przeprowadziwszy wywiad z takimi osobami jak Piotrek Banach, Muniek Staszczyk i Kuba Sienkiewicz, przyjechał do Katowic, aby kolejny zrobić ze mną.  Fuck yeah! Czego chcieć więcej - mówię to absolutnie szczerze.

Podobnie czułem się kiedy Grabaż zaprosił mnie na XXX urodziny Pidżamy Porno. To są fajne i przyjemne momenty, które pompują w Ciebie nową krew i nakręcają do pracy twórczej.

Jeśli chodzi o słuchaczy, nie o media… to jak najbardziej tak. Widać tę wdzięczność. To oczywiście nie jest cała masa, tylko bardziej garstka tych osób. Zawsze jednak miłe słowo napiszą. Bardzo często widzę komentarze, że Koniec Świata to najbardziej niedoceniany zespół polskiej sceny muzycznej i taka opinia sprawia, że robi się ciepło na sercu. Jednak, żeby płakać z tego powodu, że nie jesteśmy nader docenieni? Szkoda łez :) Trochę smutno,, że medialnie to kuleje. Myślę, że jakby wrzucono nas na jakąś playlistę radiową, może miałoby to lepsze zasięgi. Te numery, wierzymy, że naprawdę nie są złe. Oczywiście nie wszystkie, ale z pewnością jest kilka takich perełek, które mogłyby zrobić nasz zespół bardziej popularnym. Trzeba by zrobić jednak kampanię, wywalić kilka baniek i pewnie by poszło. Tylko czy na tym to polega?

Gdybyśmy dostali taki zastrzyk popularności, nikt z zespołu na pewno by się nie obraził. Za tym idzie fajne uczucie spełnienia, i przede większe możliwości rozwoju, większa gaża, zakup nowego sprzętu, nagranie płyty z jakimś zajebistym producentem, kupno busa, czy inwestycja w światło bądź technikę.

W każdym razie przez słuchaczy tak, czuję się doceniony. Jeżeli chodzi o polską kulturę, instytucje czy media, które mają wspierać tę kulturę… to nie. Myślę, że mogliby się bardziej wysilić. I to nie chodzi tylko o nasz zespół, ale też o wiele innych grup, które są zajebiste, a zaniedbywane. Z drugiej strony ta nasza scena ma to do siebie, że taka jest. A tych wszystkich artystów, zespołów, kapel jest już tak dużo, że trudno wszystkich wypromować. Po prostu wszystkiego jest dużo i wszystkiego mamy w nadmiarze. Pozostaje tylko robić swoje i tyle.

Jest jakiś komplement, który jest podnoszony w waszym kierunku wyjątkowo często? 

Zdecydowanie to, że jesteśmy najbardziej niedocenionym zespołem. Często pojawiają się też komplementy pod kątem tekstów. Parę razy spotkałem się, że ktoś uważa, że to najlepsze teksty na polskiej scenie. Ja tak nie uważam, ale super, że ktoś ma takie zdanie. Plus to, że nigdy nie zawiedliśmy. W sensie kolejnych płyt, piosenek, koncertów. Że ani razu nie daliśmy dupy.

A zarzut?

Hmm, chyba najczęściej, że używamy za mało ska i dęciaków. Choć też pojawiał się zarzut, że złagodnieliśmy albo pretensje, że nie gramy w tym albo w jakimś innym miejscu.

Ja zawarłem w tym krótkim tekście, o którym wspominałem, myśl, która zawsze jest ze mną, kiedy was słucham czy wybieram się na koncert. Czuję, że Koniec Świata jest po prostu niedoceniony…

Żeby też nie krzywdzić niektórych dziennikarzy. Czasami jesteśmy grani. Rzadko, ale jednak co jakiś czas dostaję  SMS-y, że jesteśmy grani w Trójce czy też innej rozgłośni. Gdyby dało się nas puszczać tak jak swego czasu puszczano zespół Feel i piosenkę „Jest już ciemno”, to byłoby wspaniale. <śmiech> Nie mam oczywiście nic do Piotrka Kupichy. Ja się nigdy nie naśmiewam nawet z zespołów, które grają totalnie nie w mojej bajce. Z artystów disco polo, takich jak chociażby Zenek Martyniuk, również. Trochę zboczymy z tematu, ale chciałbym uściślić jedną rzecz…

… każdy z muzyków, twórców obiera sobie taką drogę jaką chce. Jeżeli chce robić muzykę po to, żeby po prostu na niej zarabiać, to ma do tego pełne prawo. Jeśli mu się to udaje, super  - chwała mu. Zawsze będę bronił Zenka Martyniuka. Dlaczego? To jest gość, który od samego początku robił to z pasją. Ma swoich słuchaczy? Ma. Więcej niż niejeden chciałby mieć. Wierzę, że robi to szczerze. Miał swoją wizję, miał plan. I to wszystko zrealizował. Przecież on bardzo długo leciał w „Disco Relax”. Też to oglądałem, czasami żeby się pośmiać, a czasami żeby zobaczyć jakie mają gitary… czy w ogóle grają na tych gitarach, bo niby grali, ale ni cholery nie słychać tych gitar w tych produkcjach :)

Był tam taki zespół Voyager, mieli wokalistę podobnego do mojego kolegi z ławki licealnej Mateusza Zadrużnego pseudonim “Giszu”.. Grali piosenkę „Polskie Dziewczyny”:

Polskie dziewczyny najładniejsze są 

Polskie dziewczyny całować wszyscy chcą

Czy to panna czy mężatka

Każda piękna każda gładka


Porozmawiać chętnie z nimi każdy chce

Czy też uśmiech, czy buziaka

Chyba da nie będzie taka

Pocałować się to przecież nie jest grzech

A tak mi się wspomniał ten Voyager teraz 🙂

(LINK: Voyager - Polskie dziewczyny HQ Videoclip)

W każdym razie Zenek Martyniuk z zespołem Akcent też był tam puszczany. Śpiewał między innymi :

Siwy koniu 

Kary koniu 

Tyle nocą spadło gwiazd 

Może spełni się marzenie 

Nim je zgasi słońca blask

(LINK: Akcent - Siwy Koniu (Wersja 2016))

Potem trochę ucichł i dopiero „Przez twe oczy zielone” otworzyły mu znowu bramę do wielkiej kariery. Oczywiście później powstał film, TVP też go mocno promowało, wiemy jak było. On jednak od zawsze to robił,  zawsze miał rzeszę wiernych fanów i zawsze podążał obraną przez siebie drogą. Tak samo Piotrek Kupicha miał swoją wizję, chciał wystąpić w Sopocie, żeby wygrać bursztynowego słowika, to wziął, wystąpił i wygrał.. Why not? My nie występujemy w takich rzeczach, jesteśmy z innego podwórka… może mamy przez to ciężej. Jednak na własne życzenie obraliśmy taką drogę. Inni działają inaczej i super. Każdy ma swoją drogę. W każdym razie pięknie by było, gdyby „Oranżada” leciała tak często jak Feel. Byłbym szczęśliwy do końca życia.

Więc tak jak wspominaliśmy, zrobiliście dużo, istniejecie ponad 20 lat. Tekstowo, muzycznie moim zdaniem zasługujecie na znacznie więcej. Nie chcę cię pytać, dlaczego jest tak, a nie inaczej. Ciężko to jednoznacznie określić, ale może ci coś przychodzi na myśl…

Często rozmawiamy o tym w zespole. Oczywiście cały czas chcemy, żeby coś się jeszcze wydarzyło. Billie Joe Armstrong powiedział kiedyś świetną rzecz: w muzyce najbardziej podoba mu się to, że nigdy nie wiesz, dokąd cię zaprowadzi. Cały czas jesteśmy na takiej drodze, że jeszcze wiele rzeczy może się wydarzyć. Piłka jest nadal w grze.

Mieliśmy też jednak pewną refleksję, kiedy rozpętał się covid. Wyobraźmy sobie, że żyjemy tylko z grania. Choć to też nie jest takie jednoznaczne, bo zależy jak kto z tego grania żyje. Tak jak śpiewał Kazik Staszewski:

Wszyscy artyści to prostytutki

W oparach lepszych fajek

W oparach wódki

A jedni są lepsi, a drudzy są gorsi

A gorsi są tańsi, a lepsi są drożsi

(LINK: KNŻ - Artyści [OFFICIAL VIDEO])

No dobra, teraz tak, jeżeli jesteś lepszy i masz w pizdu pieniędzy, grasz jeden koncert za pół bańki i masz ogromne pieniądze z tantiemów, to jesteś w zupełnie innej sytuacji. Są artyści, którzy zagrają trzy koncerty, do tego z tantiem mają sto tysięcy miesięcznie i spokojnie są w stanie przeżyć nawet 3 COVIDY pod rząd. Zależy oczywiście też jakie masz koszty życia, bo z tym bywa różnie, nie ważne wszak ile zarabiasz, a ważne jest ile wydajesz i ile Ci zostaje w śwince. Są też jednak grupy, wykonawcy, którzy żyją z tego niemalże z dnia na dzień, od koncertu do koncertu. Tu jedna uśmiechnięta stówka, tam dwie, jakieś 120 zł z ZAIKSU, jakiś kotlet, jakaś chałturka i niosą ten krzyż z weekendu na weekend.

Jednak gdy urwie im się źródełko, to zostają bez niczego. Więc gdybyśmy z tego żyli, to w takiej sytuacji byłby problem, bo bylibyśmy w tej drugiej grupie. Widocznie tak miało być. Każdy ogarnął sobie swoją pracę, tak żebyśmy mogli to łączyć i tyle, każda praca u nas była pod zespół, każdy tak kombinował, aby jednocześnie mógł to połączyć z graniem w kapeli.  Czy nam jest z tym źle? Zupełnie nie.

Spójrz też na inny przykład. W zespołach często dochodzi do kłótni, ktoś odchodzi. Teraz załóżmy, że odchodzi ktoś z zespołu, trzeba kogoś załatwić. Wokalista traci głos, a ty całe życie grałeś tylko a-moll, g-dur. I co teraz? Założysz swój projekt? Pójdziesz do roboty na etat. Niebieski ptak na etacie? Bój się Boga, kto to widział? 🙂

Nic nie trwa wiecznie, niebezpiecznie.

Jest wierzyć w to, że coś trwa wiecznie.

(LINK: Sidney Polak - Otwieram Wino [Official Music Video])

Jak śpiewał Sidney Polak.

W każdym razie działamy i gramy dalej i zachowujemy swoją artystyczną niezależność.

Kiedyś powiedziałeś, że twoim marzeniem jest zagrać w Sali Kongresowej. Z tego co jednak widziałem będziecie grać w tym roku Palladium. To też świetne miejsce koncertowe.

Ja tak powiedziałem? Pytanie, czy byłem wtedy trzeźwy. <śmiech> Podejrzewam, że padło to w żartobliwym kontekście. Zagranie w Palladium też było jednym z marzeń. Grałem tam jako gość na urodzinach Pidżamy Porno. Pierwszy raz byłem wtedy w tym klubie… Ameryka! Klub był nabity jak dobra kasza słoniną - jak mawiał Pawlak. W każdym razie pamiętam, jak pomyślałem wtedy, że super byłoby tu zagrać. Częściowo to marzenie się spełni, choć nie do końca. Totalnym spełnieniem byłoby, gdybyśmy zagrali tam samodzielny koncert. Tak się nie stanie, bo gramy my, Luxtorpeda i Leniwiec. Jednak zawsze coś.

Wracając, Sala Kongresowa była powiedziana prawie na pewno ironicznie, aczkolwiek nigdy bym się nie obraził, gdybyśmy tam zagrali. Choć chyba pod występ solo ona pasuje.

A propos ironicznych odpowiedzi, rozmawiałem kilka dni temu z Kubą Sienkiewiczem. On wspominał, że swego czasu regularnie zmyślał pewne historie w wywiadach…

Tak, ja też zmyślam czasami historie. <śmiech> Robię to jak widzę, że ktoś jest totalnie nieprzygotowany do wywiadu i daje mi pytania całkowicie z bani i nie na temat. Z kategorii takich, których na pewno nikt nie przeczyta, więc mówię wtedy totalne bzdury. Np. Takie, że Melo pracuje na kolei, bo jest po technikum kolejowym.

Nie organizujecie już tras latem podczas wakacji. <śmiech> Czytałem, że Grabaż z Pidżamą popełnili swego czasu ten sam błąd i tak samo szybko się z tego wyleczyli.

Nie, nie, nie. <śmiech> Wakacyjna trasa to było jakieś nieporozumienie. Jechaliśmy dwoma osobówkami, myśleliśmy, że będzie git.. W Poznaniu, w klubie „U Bazyla” przyszła jedna osoba - gościu, z którym potem piliśmy piwo. Zarobiliśmy pięć złotych, którego ostatecznie nie dostaliśmy. Później graliśmy jeszcze jakieś koncerty, może było lepiej frekwencyjnie, ale ogólnie to nadal był dramat… Jechaliśmy do Białegostoku, gościu otworzył nam drzwi, a zdziwieniu jego nie było końca, bo myślał, że w ogóle nie przyjedziemy. Było parę punków, którzy chcieli przyjść na koncert, ale gościu nie zorganizował totalnie nic. Pojechaliśmy dalej, do Siedlec i tam trochę zagoiliśmy rany dzięki gościnności i uprzejmości naszych znajomych. Reasumując - letnia trasa klubowa - never again, ale przygoda była i wspomnienia zostały.

W autobiografii Grabaża był taki fragment, że Pidżama Porno pojechała na koncert, a na miejscu okazało się, że prawdopodobnie grają dla dość „szemranego towarzystwa” …

Jak zaczynaliśmy i graliśmy jeszcze w pierwszym składzie Końca Świata zdarzyło nam się grać w nieistniejącym już pubie Lustro. Graliśmy tam wiele razy, zawsze za stawkę pięćset złotych. To były wówczas szalone pieniądze, prawie osiemdziesiąt złotych na łebka! Zaczynamy któryś z koncertów, gramy drugi numer, “Dwie góry” o ile dobrze pamiętam,  a tam siedzi gościu typisz mafiozo. W pewnym momencie podszedł do mnie i powiedział: „to ostatni numer i przestajecie grać”. Mieliśmy wtedy jakiegoś menadżera, który zaczął się burzyć, generalnie zrobił się straszny gnój i było po koncercie. Trudno co robić ….

Te ponad 20 lat funkcjonowania zespołu to bardzo dużo. Złapaliście kiedyś taką podłamkę jako zespół, że myśleliście, że to już koniec?

Nie, nie było takiego momentu. Były za to takie momenty, że było cholernie ciężko ze składem. To był właśnie czas, że kończył się beztroski okres studiów. Zaczynało się wchodzenie w dorosłość - robota, obowiązki, jakaś dziewczyna czy narzeczona. To był moment, że zwichrowania składu faktycznie się robiły. Trzon zawsze był ten sam - Ja, Czepek (Jacek Czepułkowski) i Szymon (Szymon Cirbus). My zawsze twardo staliśmy na ziemi, nikt nie był w stanie nas poprzesuwać. Na perkusji i basie mieliśmy rotację.

Te zmiany były zdecydowanie najgorsze. To robienie numerów od nowa, zgrywanie się ze sobą po raz kolejny… to też w jakiś sposób zespół stopowało. Zbliża się ważny koncert, a ty grasz w składzie, który nie jest dobrze ze sobą zgrany. Wyobraź sobie, że masz finał Mistrzostw Świata, a nie gra Maradona. To jest stresujące i trudno gra się takie koncerty. W każdym razie nigdy nie było zwątpienia w to, czy dalej zespół ma istnieć. Myślałem kiedyś o tym, czy nie warto zrobić przerwy…, ale tylko od koncertów. Po prostu skupić się na pracy nad jakimiś nowymi rzeczami. Spotkało się to z dezaprobatą i myślę, że bardzo dobrze. Z perspektywy czasu uważam, że to był bardzo zły pomysł. Można ten czas na komponowanie wygospodarować. Teraz pracujemy nad nowymi piosenkami i wiadomo, że nie mamy aż takiego komfortu. Nie możemy sobie przyjść w poniedziałek rano i osiem godzin tworzyć utwory. Robimy to inaczej, ale nie jest to złe. Jeżeli kiedykolwiek przestanie nam się chcieć, to ewentualnie wtedy skończymy. Nie gramy koncertów aż tak dużo, więc nie ma też tego przesytu. Po trasie jesteśmy zmęczeni tydzień bądź dwa, ale to mija i znowu wzmaga się głód grania i koncertowania.

Na ten moment waszą dyskografię zamyka „Durny”. Odeszliście od swojego standardowego grania, urozmaiciliście muzykę, pojawiła się elektronika, odświeżyliście swoje brzmienie.

Tak, chcieliśmy zrobić coś innego. Chcieliśmy też popracować z producentem, ale z drugiej strony pilnowaliśmy się, aby nie przesadzić. Naszym zamysłem było zachowanie naszego charakteru, a nie stworzenie mega plastikowej płyty. Czy to się udało? To już totalnie nie nam oceniać. Słuchając tych utworów stwierdziłem, że jest okej. Kiedy po czasie do nich wracam, żeby sprawdzić czy się nie zdezaktualizowały, to czuję, że jest git i dają radę. Niemniej jednak  kolejne piosenki będą trochę inne. Tej elektroniki będzie mniej. Dlaczego? Poczuliśmy po trasie Folk Tour, że bardzo lubimy grać folk-punkowo, że potrafimy się w tym odnaleźć i dobrze się z tym czujemy. Stwierdziliśmy, że zrobimy sobie teraz trochę takich piosenek właśnie w takim klimacie. Na razie w formie singli, docelowo pewnie powstanie z tego cała płyta. Zrobimy parę numerów, żeby nie czekać niepotrzebnie na cały krążek. To są zawsze dwa/trzy lata, a fajnie jest wejść do studia i wypuścić od razu nowy numer. Jak już uzbiera się dwanaście czy trzynaście piosenek, to wtedy zrobimy jakieś limited edition, bo i tak płyty obecnie właściwie w ogóle się nie sprzedają, w każdym razie ten nośnik to wymierający gatunek. Wszystko idzie w sieć. Już teraz chyba coraz mniej osób zwraca uwagę z jakiej płyty jest dana piosenka, a jeśli zwracają to tylko nieliczni 🙂

Spotkałem się z opinią (która też jest mi bliska), że to jedna z najlepiej zrealizowanych i wyprodukowanych dźwiękowo w ostatnim czasie w Polsce płyt. Co ciekawe, wydaliście ją własnym sumptem, a nie pod szyldem wytworni. Wygodna jest taka niezależność?

Tak, wydaliśmy ją całkowicie sami. Czy to jest wygodne? Wiadomo, trzeba trochę zainwestować. Chociażby tłoczenie płyt, ogarnięcie dystrybucji. To są koszty. Akurat tutaj zrobiliśmy to za pośrednictwem Zima Records, więc oni nam pomogli, szczególnie jeśli chodzi o sprzedaż wysyłkową. Resztę zrobiliśmy jednak sami, bez żadnej wytwórni i tą drogą będziemy iść… „Ludwiku Dornie i Sabo”. <śmiech>

Ja nieco bardziej lubię ten Koniec Świata od płyty “Kino Mockba”…

No tak, te dwie pierwsze płyty to było totalnie „róbta co chceta”. Na zasadzie uczenia się i szukania różnych dróg. Dla mnie to była nauka pisania tekstów i opakowywania je w akordy, a później w piosenki. To było na zasadzie, po prostu lećmy, na pohybel, bez względu na wszystko.  Ja je nazywam papierkami lakmusowymi, pilotami. Choć wiem, że są ludzie, którzy bardzo lubią te płyty i z rozrzewnieniem do nich wracają.

… a w szczególności odpowiada mi ten ostatni okres w waszej działalności. Chociażby płyta „God Shave The Queen”. Dużo linijek poświęcasz tam po prostu nam, Polakom. Podtrzymujesz opinię, że Polak Polakowi wilkiem, że stan tego polskiego społeczeństwa nie jest najlepszy? Punktujesz to w wielu swoich tekstach.

Oczywiście, że tak. Wkurwia mnie to w Polsce, że często jesteśmy gburowaci, nerwowi, że elity są wypłukane z honoru, itd. Przykład wczoraj z piekarni: wchodzę uśmiechnięty, kupuję sobie chlebek i w pewnym momencie wchodzi gość z Mercedesa krzycząc…

„kurwa, kogo jest ten Nissan”? Podkreślam “kogo” nie czyj.

… bo gościu z Nissana trochę krzywo zaparkował. Ten koleś z Nissana coś tam burknął. Ogólnie zaczęła się kłótnia i rzucanie kurwami. Wkraczam więc do akcji i mówię:” Panowie  spokojnie, musicie się trochę wyluzować, ten Pan dobrze stanął czołgiem byś się zmieścił, więcej luzu Panowie.  Ostatnio jakoś lubię się włączać w takie dyskusje i próbować łagodzić konflikt.

Oczywiście takie akcje dzieją się na całym świecie nie tylko w Polsce. Jednakże, ja mieszkam tutaj i to mnie po prostu denerwuje. Mamy taki ogólnokształcący syf, wychodzi baba lub chop z psem i ten pies sra na chodnik i ni chuja nie raczą się nawet schylić, by sprzątnąć gówno po swoim pupilu . Idzie ktoś potem, dziecko, ktokolwiek wchodzi w to polskie psie gówno, najgorzej jak masz podeszwę traktor jak w glanach - to masz już przejebane. Trochę jak w „Dniu Świra”. „Dzień Świra” prezentuje piękny obraz polskiego społeczeństwa. On jest wiecznie żywy. Nawet córka mi ostatnio powiedziała: „tato, dlaczego jak jedziemy gdzieś na wakacje to tam jest tak ładnie, a u nas jest tak brzydko?”. No właśnie nie wiem i też chciałbym to wiedzieć. I to mnie denerwuje. Powinniśmy mieć więcej luzu. Musimy się po prostu wyluzować, częściej uśmiechać do siebie, szanować się i sprzątać gówno po psach. Od tego bym zaczął.

Pamiętam, jak byłem w Stanach. Stoję sobie nad jeziorem i podchodzi do mnie gościu. Zapytał to standardowe, amerykańskie „How are you?”. Odpowiedziałem, zaczęliśmy gadać i tak z nim rozmawiałem przeszło godzinę, o wszystkim i o niczym, gęby nam się nie zamykały.  Gościa totalnie nie znałem, po czym odszedł i już go nigdy nie widziałem. To jest zupełnie inny wymiar. Ja mam taką duszę, że bardzo dobrze czuję się w Hiszpanii czy Włoszech. Wśród tych uśmiechniętych ludzi, gdzie wszystko jest „no problema”. Bardzo odpowiada mi taki klimat i szkoda, że u nas tak nie może być, bo jesteśmy naprawdę fajnym narodem, mamy mądrą i inteligentną młodzież, więc ten potencjał naprawdę jest.

Jesteśmy też bardzo oceniającym narodem…

Tak, to często się dzieje, jak ludzie nie mają żadnych zainteresowań, więc zajmują się i żyją życiem innych, oceniają, obgadują, pierdolą bez sensu. Co ktoś włożył, co kupił, ile wydał. Wiadomo, każdy obgaduje. Też wielokrotnie mi się to zdarzało, ale łapię się na tym, że to jest bez sensu. Nie tędy droga.

Wracając jednak do tej polskości, do Polaków, do naszych wad, zalet, naszego polskiego sposobu bycia. Świetny utwór, zresztą jak każdy Mistrza, do dziś aktualny i bardzo celnie przedstawiający nas Polaków, napisał kiedyś Jacek Kaczmarski: „Według Gombrowicza narodu obrażanie”. Tam każda zwrotka pięknie to opisuje. Między innymi:

W niewoli – za wolnością płacze   

Nie wierząc, by ją kiedyś zyskał

Toteż gdy wolność swą zobaczy

Święconą wodą na nią pryska

Bezpiecznie tylko chciał gardłować           

I romantycznie o niej marzyć

A tu się ciałem stały słowa 

I Bóg wie co się może zdarzyć

(LINK: Jacek Kaczmarski - "Według Gombrowicza narodu obrażanie")

Tam jest bardzo dużo takich fajnych elementów, które fenomenalnie obrazują nasz portret.

Czemu właściwie tak się dzieje? Odnoszę wrażenie, że potrafimy zjednoczyć się jedynie, kiedy w oczy zaczyna zaglądać nam strach…

Nie mam pojęcia, po prostu tacy już chyba jesteśmy, każdy naród ma swoje bagno. Już czytając „Pana Tadeusza” można zaobserwować te wszystkie skazy, przywary, pęknięcia i wewnętrzny rozłam. Nasz obecny kształt jest sumą naszych wyborów i decyzji. Po części być może dzieje się tak, że my w dalszym ciągu jesteśmy trochę zaściankowym krajem. Nie mam nic do Kościoła, to znaczy w sumie mam dlatego tam nie bywam, ale chodzi mi o to, że nie mam nic do osób, które tam chodzą, jednak Kościół miał dużo takich chujowych akcji, które też się do tego przykładają. Żyjmy już po prostu trochę nowocześniej, szczerzej, z otwartą głową, z szacunkiem i tolerancją dla innych ludzi, nawet jeśli ta ich inność jest gdzieś na drugim biegunie. Dlaczego ten duch ma być ciągle taki średniowieczny? Jak ktoś chce być bardziej liberalny, to niech będzie. Jak ktoś chce być gejem, to niech będzie. Jak ktoś chce się hajtnąć z chłopem, niech się hajta, jego wybór, jego życie. Niech każdy zajmie się swoim życiem, a nie życiem innych, niech każdy skupi się na sobie i pracy nad sobą samym, wszystkim to wyjdzie na zdrowie, ale nie mówmy innym ludziom jak mają żyć, kogo kochać a kogo nie. I tak mam wrażenie, że  jest lepiej niż było. Chciałbym po prostu, abyśmy byli naprawdę dużo bardziej europejscy. Oczywiście, negujmy to, co jest złe i stańmy naprzeciw tego. Bądźmy jednak tolerancyjni w takich normalnych codziennych sprawach, o które co dzień się potykamy.

Ta nasza natura to też trochę spuścizna PRL-u. Jesteśmy cholernie przekupni i nie mamy honoru, mówię tutaj o tej naszej elicie politycznej. Ludzie bez honoru, nie potrafiący przyznać się do błędu, nie potrafiący przeprosić, nie mający cywilnej odwagi, aby wyjść do narodu i powiedzieć, dałem dupy, jest mi wstyd, że zhańbiłem urząd, który piastuje. Lata świetlne dzielą nas od postawy Japończyków, nie dogonimy ich nigdy - sajonara i już. Dzięki Bogu, że tak jest też w Rosji, bo gdyby Rosjanie mieli japoński mental, a nie byli typową Wanią, czy oligarchami z lepkimi rączkami, ssącymi ostrygi w londyńskich restauracjach z trzema gwiazdkami Michelin, to byliby taką potęgą, że Ukrainę zjedliby w jeden dzień. Wciągnęliby ją nosem, potem Polskę i jeszcze prawdopodobnie NATO. Na szczęście tak nie jest.

Ale co tu dużo mówić… choć krytykuję tę przekupność, sam nie raz dawałem w łapę policjantowi jak jeszcze „można” było to robić.  Pamiętam czasy „nysek”. Przekroczyłem prędkość, wyprzedzałem na podwójnej ciągłej, a miałem przy sobie same klepokii. Nasmęciłem temu policjantowi, zmyśliłem tragedię rodzinną i jakoś przeszło. Krytykuję, a sam to robiłem… typowy Polak. <śmiech>

Czytałem, że z wiekiem przykładasz coraz większą wagę do każdego napisanego słowa. Rzadko jednak spotyka się, żeby każda linijka była tak wypchana przekazem i treścią, jak jest to w twoim przypadku, Nie zapytam cię jak powstają twoje teksty, bo bałbym się odpowiedzi w stylu Kazika z „12 groszy”. Ale spokojnie bym określił to poezją śpiewaną… Nie byłbyś zaskoczony, gdyby ktoś umieścił Cię w topce polskich tekściarzy?

Przede wszystkim byłbym niezwykle miło i pozytywnie zaskoczony. Cieplusio zrobiłoby się na sercu i jeszcze bardziej pchnęło do pisania.  Szczególnie biorąc pod uwagę skalę popularności, która jest jednak niska a i moje pole rażenia też nie jest zbyt duże. Z pewnością jednak z dumy bym puchł 🙂

W wielu utworach widzę dużo inspiracji Kaczmarskim…

Kaczmarski pootwierał mi wiele horyzontów na pewne rzeczy. Dał też wskazówki, jak należy pisać. W zasadzie każdy jego tekst niesie ogromną wartość literacką. To jest próba największego pisarstwa. Absolutnie nigdy nie będę w stanie napisać na tym samym poziomie ani podejrzewam nikt inny przez najbliższe wiele lat. Aczkolwiek czasami zdarza się, że czerpie jaką inspirację czy główną myśl do czegoś. Wyciągam jedną nitkę z tego kaczmarskiego swetra.

Czerpiesz jeszcze z innych autorów? Na myśl przychodzi mi chociażby Stanisław Staszewski.

Tak, chociaż najpierw poznałem Kazika. Nie znałem jeszcze wtedy twórczości Staszka. Na przykład „Kurwy Wędrowniczki” jest genialnym tekstem. Cały czas chodzi mi po głowie, aby coś w podobnym klimacie kiedyś napisać. Wciąż jednak brakuje mi odwagi, żeby w ogóle do tego usiąść.

Gdzieś nisko błyska płyta lotniska

Siadł czarterowy Jumbo Jet

Wieczór w drugstorze znajdzie się może

Znajoma dusza, właśnie wszedł

Klawo dziewczynki, to z tej rodzinki

Co jedną noc przez pięć pamięta lat

Prawdziwe państwo, wybaczy draństwo

Bo się będzie wstydził, że tak wpadł

(LINK: Kurwy Wędrowniczki)

Piękny, niesamowicie plastyczny tekst. Widzę w głowie ten czarno-biały film utkany przez ten tekst, to jest genialne, majstersztyk!  Cała płyta „Tata Kazika” jest z resztą doskonała. Sam Kazik ma też kapitalne teksty, ma ten sznyt, ma to charakterystyczne dla siebie pióro. Ma też tych projektów jak psów. Zazdroszczę mu tego, że może pracować artystycznie i prowadzić wiele swoich projektów. Jeżeli ktoś mnie kiedyś zapyta o jakieś marzenie, to chciałbym mieć z muzyki wystarczająco duży dochód, abym mógł wszystkie te pomysły, które mam w głowie zrealizować.

Oprócz Staszka i Kazika Staszewskiego jest jeszcze Grabaż. Do dzisiaj twierdzę, że trafia on do mnie bardziej niż Kazik Staszewski. To, co mi się podoba u Grabaża, to ta jego niesamowita zdolność tworzenia chwytliwych melodii a do niej idealnie sklejonych i dopasowanych tekstów, coś jak idealnie skrojony i uszyty na miarę garnitur. Często jest tak, że kiedy tworzysz piosenkę z polskim tekstem, to trzeba się mocno napocić i nagimnastykować, żeby nie było twardo, kanciasto, kwadratowo, czy ogólnie rzecz biorąc chujowo. U niego zawsze jest idealnie. Te teksty zawsze są tak dobre, że przechodzą ciary po plecach. Ma chłop talent, nosi te tajemnice w sobie, jest czarodziejem.

Dorzuciłbym jeszcze Muńka Staszczyka, jednak nie wszystkie jego teksty. Czasami wydaje mi się, że w niektórych momentach zalatuje taką lekką tandetą, że są zbyt proste jak na Niego, przecież to jeden z Bogów mojej młodości. Przymykam jednak na to oko, bo kocham Muńka i wszystko mu wybaczę, zawsze i wszędzie. Piosenka „Banalny” z płyty „Antyidol” jest dla mnie bombą emocjonalną i najlepszym antydepresantem. Pamiętam, jak czekałem na ten krążek. Nie poszedłem przez to do szkoły. O siódmej/ósmej rano byli gośćmi jakiejś śniadaniówki, grali tam właśnie „Banalnego”. Kupiłem od razu kasetę w sieci handlowej Géant na osiedlu Paderewskiego. Bardzo fajna płyta, kilka naprawdę świetnych numerów.

W każdym razie Staszczyk też zalicza się do grona moich ulubionych tekściarzy. Tak jak mówiłem - czasami pachnie delikatnie jakąś tandetą…, ale z drugiej strony on może, jemu wszystko wolno, on może wrzucić w tekst I love you, dzięks, czy inne takie językowe wstawki. Sporo dobrych rzeczy napisał, które wyryły nam się w głowach niczym kultowe cytaty z Misia, czy z Rejsu. “Wychowanie”, “Bóg”, “King”, “Warszawa”, “Autobusy i tramwaje”, “Moja kolacja to imitacja”, „Lucy Phere”, i wiele innych.

Byłem zaskoczony, kiedy przeczytałem, że dostałeś łatkę, że po poezji śpiewanej poruszasz się jak słoń w składzie porcelany. <śmiech>

Tak, faktycznie tak było. <śmiech> Napisał to chyba gość z zespołu Cisza jak ta. Z resztą bardzo spoko grupa, choć chyba przestali ostatnio grać, bo coś ta Cisza ucichła ostatnimi czasy. W sumie chyba trafnie to ujął. Wcale się na to nie zezłościłem. Te słowa odnosiły się do wypowiedzi, której udzieliłem w jednym z przeprowadzanych ze mną wywiadów. Użyłem wtedy określenia, że moja solowa płyta to będzie taka cygańska poezja śpiewana. Nie będą to piosenki turystyczne - o plecaku, konserwie i górach, tylko nieco inne. Źle to wtedy trochę ująłem i gość mnie wtedy od razu wypunktował. Wydaje mi się, że to poszło o to. No nie da się ukryć, trochę się tak po tej poezji śpiewanej poruszam, jak żelbetonowy kloc,  nie należę do kręgu zespołów wykonujących ten gatunek. Michał Łangowski, czyli lider “Ciszaków” miał tutaj zdecydowaną rację z tym słoniem.

Odnoszę też wrażenie, że masz dużą słabość do lat sprzed 1989 roku.

To są momenty z dzieciństwa, które po prostu z rozrzewnieniem wspominam, bo miałem naprawdę zajebiste dzieciństwo. Te zapachy, smaki,  jakiś neon, sklep społem, jakiś GS - można jeszcze odnaleźć fragmenty tamtej epoki -  zawsze łezka w oku się zakręci.

A w szczególności do tamtejszej kinematografii…

Każdy film z tamtych czasów, zwłaszcza te produkcje Stanisława Barei. „Miś”, „Brunet wieczorową porą”, „Co mi zrobisz jak mnie złapiesz”, „Nie ma róży bez ognia” - uwielbiam, mogę oglądać cały czas, na okrągło.

Ta sympatia do lat minionych widoczna jest niezwykle mocno w twoich tekstach. Na przykład w jednym z moich ulubionych, czyli w „Piłkarskim Pokerze”. Wspaniale plastyczna opowieść.

Pamiętam, jak nosiłem się z zamiarem napisania tej piosenki… u mnie jest tak, że gdy mam już pomysł i chcę coś napisać, to najbardziej boję się zacząć, bo obawiam się porażki, boję się, że siądę nad kartką jak ten ciul i będę się w nią wpatrywał jak szpak w pitę i wysilę się tyle co niemowa przez radio. Ten strach jest czasami paraliżujący, ale to przechodzi. Musi po prostu nadejść ten moment. Tak właśnie było w przypadku “ piłkraskiego” - po kilku miesiącach noszenia tego jaja w końcu  usiadłem, odpaliłem film i siadło z marszu, pisałem jak natchniony, tych zwrotek było sporo więcej niż w finalnej wersji, ale musiałem część wyrzucić, bo wtedy ten numer trwałby z 10 minut lub więcej. 🙂

Obejrzałem sobie też wasze dwa ostatnie woodstockowe koncerty. Graliście tam między innymi „Cynamon” z płyty „Symfonia na sprzedaż”. Ja przygotowując się do dzisiejszego wywiadu odsłuchałem sobie ten krążek, ale wróciłem też do „Korzeni”…

Tak, ta katowana w każdym numerze  trąbka. <śmiech> Nie zwróciliśmy uwagi, że jest jej w cholerę za  dużo i w sumie jest ona na „Korzeniach” wszędzie, gdzie się da, kurwa ona wypełnia tam każdą możliwą przestrzeń.  Po prostu taki błąd aranżacyjny, a nawet wielbłąd.  Koszt nagrania płyty wyniósł 400 zł  -to były czasy, to były ceny 🙂

… natomiast „Symfonia na sprzedaż” ma mocno pidżamowy klimat.

Istotnie, trudno się z tym nie zgodzić. Nawet była nagrywana u Sławka Mizerkiewicza w “Studio Czad”, ówczesnego gitarzysty Pidżamy.

Gramy z niej już jedynie tytułowy numer i „Cynamon”. Ludzie lubią ten utwór, mimo że to trzy akordy i nic więcej…, ale rozmawialiśmy o skomplikowaniu numerów. To często nie ma totalnie znaczenia. To też był taki okres, że chciałem odejść nieco od reggae, wrzucić trochę ska i punk rocka. Ta Pidżama też się tam przemycała.

Wspominałeś też kiedyś, że zdarzają się wam cały czas koncerty nierówne. Wypełnione sale, a później maksymalnie kilkadziesiąt osób. Ja byłem jesienią na koncercie w Opolu… tam frekwencja była słabsza. Odnoszę jednak wrażenie, że to właśnie takimi kameralnymi występami tylko jeszcze bardziej jednoczycie sobie fanów. To nie sztuka zagrać przecież dla tłumu…

Najtrudniejsze są takie koncerty. Jest pewien stres, kiedy gra się dla trzech tysięcy osób, ale to jest wtedy zupełnie inny flow. Najtrudniej jest zagrać dla małej publiczności. Ciężko zrobić to tak, aby nie wypadło sztucznie. Opole to była druga część trasy „Durny”, gdzie mieliśmy kilka gorszych frekwencyjnie koncertów. Na szczęście późniejszy „Folk Tour” był już zgoła inny i zabliźnił tamte rany. Tam, był już prawie wszędzie full. Niestety czasami zdarzają się takie słabsze koncerty i trzeba to ratować jakoś. Bardzo męczące jest wydobyć z siebie jeszcze większą energię dla znacznie mniejszej liczby ludzi. Musisz wtedy nieźle się nagimnastykować, powyginać jakoś, opowiedzieć anegdotę, rozluźnić w jakiś sposób atmosferę i też ośmielić jakoś tych ludzi. Na szczęście to nie pierwszyzna dla nas, ale za każdym razem jest ciężko. Są miasta, które są pewniakami, a są miasta, w których nigdy nie wiesz na co trafisz.

Jacek Stęszewski to jednak nie tylko Koniec Świata. Prawdziwą poezję śpiewaną prezentujesz na swoich solowych albumach. „Peweksówka” i „Księżycówka”. Nie masz poczucia, że gdybyś urodził się wcześniej i zaczął grać wcześniej, byłbyś znakomitym bardem z gitarą?

Kilka osób mi mówiło, że trochę za późno się urodziłem i nieco się minąłem z czasem, ale nie wiem, czy mają rację i nie wiem, czy wierzę w te słowa. Gdybym  urodził się wcześniej, to myślę, że nie miałbym szans w konkurencji z Kaczmarskim, Gintrowskim, Łapińskim, Grechutą, czy Sikorowskim. Wtedy ta scena była znacznie mocniejsza niż teraz… choć w sumie obecnie też mamy wielu świetnych songwriterów. Bardzo mi się podoba twórczość Zuzanny Moczek. Dziewczyna z gitarą, która gra też na akordeonie. Ma bardzo fajne piosenki, też działa mocno niezależnie. Mamy też Wojtka Szumańskiego, który ostatnimi czasy robi się coraz bardziej popularny, on już jest bardzo mocnym zawodnikiem, kurde świetne ma te piosenki. I bardzo dobrze - niech popularyzuje się ten nasz gatunek oraz wykonawcy niosący pochodnię piosenki z tekstem, podkreślam z tekstem. Moje ostatnie odkrycie to Grzesiu Paczkowski - zapowiada się bardzo obiecująco. Generalnie nie ma co biadolić i snuć teorii co by było gdyby, jesteśmy tu i teraz.

„Peweksówka” to powrót do twoich ulubionych lat. Sentymentalna, w tym dobrym tego słowa znaczeniu, taka „misiowa”. „Księżycówka” jest za to niezwykle liryczna. Idealna do recitalu z gitarą przy drobnym akompaniamencie. Taki był zamysł? Zbiór piosenek w barowej stylistyce?

Tak, „Księżycówka” jest zdecydowanie bardziej nostalgiczna i poważna. To inny klimat, bardziej mroczny i tajemniczy. „Peweksówka” to natomiast pocztówka z tamtych lat, trochę kabaretówka. To po prostu takie dobre wspomnienia z dzieciństwa. My dzieciaki tamtego pokolenia, nie mieliśmy tych wszystkich problemów dorosłych, może był deficyt słodyczy, brzoskwiń w puszce, klocków lego, czy markowych ciuchów, ale generalnie mieliśmy to w dupie. Chcieliśmy tylko rzucić tornister pod biurko i od razu wyjść na dwór grać w piłkę. Zawołać głośno stojąc pod oknami “Mamo zrzuć mi picie i kanapkę!” i grać dalej aż zrobi się tak ciemno, że nie będzie widać bali. Już nigdy potem nie odczuwałem tak silnych emocji jak na mundialu Italia ‘90 - to były najlepesze MIstrzostwa Świata. Być może dlatego, że znałem imię i nazwisko każdego zawodnika z każdej drużyny, łącznie z klubem, w którym grał na co dzień - mimo, że nie było wtedy internetu 🙂

To znowu zbiór fantastycznych tekstów. „Grzybobranie” to jedna z najbardziej plastycznych opowieści, jakie słyszałem w muzyce. <śmiech>

To jest prawdziwa historia mojego dobrego przyjaciela, którego nagrałem z resztą bez jego wiedzy, kiedy mi ją opowiadał. Jak tylko zaczął, to od razu wiedziałem, że to będzie materiał na piosenkę.

Ta plastyczność, o której wspominasz… z czasem zacząłem się zastanawiać nad tekstami, żeby po prostu nie pisać o niczym. Na „Korzeniach” czy „Symfonii na sprzedaż” one niby o czymś są, ale tak naprawdę o niczym. Jak zacząłem wchodzić coraz mocniej w Kaczmarskiego, to tę plastyczność wziąłem właśnie stamtąd. Musi być w utworze zawsze jakaś puenta, zakończenie. Wtedy przybiera to właściwą formę opowiadania, jakiejś historii.

Uderzę teraz z zupełnie innej flanki. Wiesz, kto zajął w zeszłym roku piąte miejsce w tabeli piłkarskiej drugiej Bundesligi?

Podejrzewam, że St. Pauli…

Domyślasz się pewnie czemu o to pytam. <śmiech> Chodzi mi oczywiście o zapowiadany przez Ciebie, trzeci w twoim dorobku, solowy krążek.

Siódmego sierpnia (wywiad przeprowadzony został piątego sierpnia) zaczynam nagrywać gitary. Nagraliśmy już z resztą dwie piosenki na próbę - „Poland Road” i „Paprochy”, które teraz tylko czekają na klip. Jak tylko będą gotowe, pójdą w świat. Natomiast, tak jak wspominam, start nagrań do płyty jest teraz w poniedziałek.

Czym będzie ten nowy krążek? Muzycznie co na nim usłyszymy?

Na pewno będzie to smutna i raczej poważna płyta, czyli bliżej jej będzie do “Księżycówki”. Muzycznie będzie raczej oszczędnie i organicznie. Odnoszę też wrażenie, że będzie to mój najsmutniejszy tekstowo album.  Będą tylko dwa akcenty wesołe - „YouTube Story” i „Hotel Silesia”. Dlaczego tak? Pamiętam jak dawno temu rozmawialiśmy po którymś koncercie z Darią (Daria Pacuda) i z Januszem (Janusz Binkowski). Daria stwierdziła, że płyta powinna być smutna, że powinniśmy zrobić smutne piosenki, bo życie jest smutne. Wtedy dobrze się to pisze, dobrze się to gra, zwłaszcza w naszym TriO. Zacząłem więc sięgać do głębi tej ciemności, która gdzieś w każdym z nas siedzi. Między innymi „St. Pauli” jest taką piosenką. To chyba najsmutniejszy numer jaki kiedykolwiek napisałem. Nawet Johan odpisał zaraz po przesłuchaniu St. Pauli, że smutne bardzo. Choć w pewnych momentach ten krążek też będzie dawał nadzieję i będzie budował odporność na tę czerń. Zresztą o muzyce się nie mówi, tylko powinno się jej słuchać, jak ktoś to kiedyś celnie powiedział. Całość będzie dostępna oczywiście jako długogrający album, również na Spotify, czy też innych serwisach streamingowych.

A dlaczego taki tytuł? Przez dłuższy czas nic mi nie wchodziło do łba. Były co prawda jakieś robocze tytuły, ale ciulate, bez jaj takie. Ostatnio jednak poszedłem na mocno punkowy, niezależny koncert. Grał między innymi Kastet. Całość odbyła się w bardzo fajnym miejscu, bo na zadaszonym skateparku. Dawno nie byłem na takiej imprezie i bardzo mi się spodobał klimat, odżyły wspomnienia, ten klimat, ten luz. Świetna muza, punki w pogo, w tle goście jeżdżący na deskach. Po prostu magia! Jedna z osób, które tam były, miała naszywkę z napisem „St. Pauli”. Kiedyś miałem coś podobnego i przypomniały mi się fajne czasy tej punkowej swobody.. Potem zrobiłem piosenkę, którą tak nazwałem i na tyle mi się to spodobało, że tak nazwałem też płytę.

Oprócz premiery solowego krążka, będzie też standardowo jesienna trasa koncertowa Końca Świata? To kontynuacja Folk Tour, czy całość odbędzie się pod innym szyldem?

Tak, to będzie Folk Tour 2 i tym razem odwiedzimy:

Lublin, Ostrowiec Świętokrzyski, Olsztyn, Łódź, Elbląg, Białystok, Suwałki, Poznań, Kraków, Szczecin, Warszawa, Sosnowiec, Bielsko Biała.

To, skoro zbliżamy się do końca. Czy czujesz się spełniony?

Absolutnie nie, bo chciałbym jeszcze wiele zrobić.

Będę spełniony bardziej, jak nagram już tę płytę, o której przed chwilą wspominaliśmy. Bardzo się denerwuję i ten okres, który teraz jest przede mną będzie najbardziej pracowitym okresem w moim życiu. Praca zawodowa, codzienna rodzinna bieżączka, nagranie płyty solo, organizacja trasy koncertowej Końca Świata i solo. Wcześniej chcę zrobić jeszcze 5 teledysków do swojego solowego krążka, a dodatkowo zaraz będziemy nagrywać cztery piosenki z Końcem Świata, nad którymi aktualnie pracujemy. Wszystko dzieje się teraz, tutaj, na raz i muszę to jakoś pozpinać i ogarnąć, tam zacząć, tam skończyć,  zanim mózg mi wyleci w kosmos. Wstaję więc codziennie o piątej / szóstej rano, suplementuje się, ograniczam alko, żeby tej energii starczyło na wszystko i buduje, organizuję.

Zdecydowanie więc nie jestem do końca spełniony. Jeszcze sporo pomysłów i planów mam w głowie.

© 2023 Wszystkie prawa zastrzeżone


Depeche Mode "Ultra"




Wraz z upływem czasu coraz mocniej wchodzę w ten album. Im więcej słucham Depeche Mode, tym bardziej mroczna atmosfera „Ultry” mi odpowiada. Wreszcie, im dłużej czytam o zespole, tym bardziej rozumiem ten krążek.

Z jednym bądźmy zgodni - to był najbardziej dramatyczny moment w historii Depeche Mode, jak i najbardziej tragiczny okres dla Dave’a Gahana. Wokalista znalazł się tuż nad krawędzią aż trzy razy. 28 sierpnia 1996 roku akcja jego serca zatrzymała się na dwie minuty. To był cud, bo Gahan przeżył. W takiej sytuacji nikogo nie dziwił fakt, że początkowo prace nad „Ultrą” miały stać się zalążkiem solowego albumu Gore’a. Na potrzeby zespołu powstałyby dwa, maksymalnie trzy utwory. Grupa znajdowała się w takim momencie, że dla wielu bardziej oczywiste wydawało się opublikowanie pośmiertnej składanki. "Ultra" jednak powstała i co najważniejsze, spotkała się ze świetnym przyjęciem. Brak trasy promocyjnej nie przeszkodził w biciu rekordów sprzedaży. Płyta okazała się spektakularnym sukcesem.

Z głowy nie może wyjść mi „It’s No Good”. To było już klika lat po premierze płyty, ja niewiele jeszcze z tego okresu pamiętam, ale jeden obraz mam cały czas przed sobą. Teledysk. W muzycznych stacjach telewizyjnych pojawiał się na okrągło. Jednak nie tylko ten utwór, ale cała muzyka jest tutaj genialna. Depeche Mode wciąż huśta się na rockowej linie. Ostre partie gitarowe znakomicie wplatają się w elektroniczne brzmienia. Ballady niezwykle poruszają. Świetne jest „Home”, a do bólu emocjonalnie przeszywa „Sister of Night”. Pod tym względem „Ultrę” należy wynieść na piedestał… choć nie tylko pod tym. Ta wspomniana atmosfera sprawia odsłuch tej płyty wyjątkowym. Kiedy rusza „Barrel of a Gun”…

… wchodzisz do zapyziałego baru w nieciekawej, nowojorskiej dzielnicy. Siadasz przy brudnym i tłustym stoliku. Na scenie gra jakiś tani zespół, któremu nie wyszło, więc zadowala się kilkoma dolarami do kapelusza. Zza baru łypie na Ciebie, nieciekawym wzrokiem, barman, a nad tobą tli się dogasająca żarówka. Taka jest ta płyta. W całym swoim przekazie genialna.

© 2023 Wszystkie prawa zastrzeżone


Kuba Sienkiewicz: W bardziej normalnych czasach też znajdę tematy do śpiewania


Zacznę nietypowo. Nadal zmyśla Pan historie w wywiadach?

To już nieaktualne. Miałem taki etap, że faktycznie pytania mnie już nużyły i bawiłem się odpowiedziami, żeby urozmaicić sobie samemu te wywiady. Wymyślałem więc za każdym razem inną wersję odpowiedzi na to samo pytanie. Dzisiaj trzymam się zasady, że każde zapytanie jest przydatne, żeby powiedzieć coś, na czym mi zależy. Zawsze są jakieś bieżące sprawy, o których można w wywiadzie powiedzieć. Ciekawe, co dzisiaj nam podejdzie.

Kiedy przeczytałem w Pana książce, że dziennikarze nie mają z Panem łatwo nabrałem obaw… ale myślę, że jest Pan człowiekiem, który mimo wszystko ma wiele ciekawych rzeczy do powiedzenia. Chociażby miejsce, w którym się aktualnie znajdujemy. To dawny dom Pana ciotki, Krystyny Sienkiewicz?

Tak, znajdujemy się w domu po Krystynie Sienkiewicz, która zmarła w 2017 roku. Tutaj, gdzie akurat siedzimy, mieściła się restauracja „Pod podłogą z jadłem”. Kiedy dwa lata temu zmarł kierownik tej restauracji, zorganizowałem tu salę prób „Amusja” oraz czytelnię „Czaruś” - na cześć najstarszego i nadal żyjącego psa, który mi po Krystynie pozostał. Mam więcej zwierząt: cztery koty i dwa psy. Jednym z nich jest właśnie Czaruś. Po Krystynie Sienkiewicz została cała gromadka. Kiedy trafiła do szpitala, w ostatnim tygodniu swojego życia, bardzo się niepokoiła co będzie z jej zwierzętami. Moja dziewczyna i ja obiecaliśmy jej, kiedy jeszcze była świadoma, że się nimi zajmiemy. Do dziś dwoje z tych zwierzaków żyje - żywe skamieliny <śmiech>

Biorąc pod uwagę, że podkreśla Pan swoje przywiązanie do miejsca i krajobrazu, domyślam się, że to dla Pana takie własne miejsce na ziemi? Ogólnie dzielnica Bielany jest Panu niezwykle bliska?

Na Bielany sprowadziłem się w roku 1975. Na początku było to mieszkanie na Słodowcu, przy ulicy Gąbińskiej, niedaleko Parku Olszyna. Przeprowadziłem się akurat w roku, w którym zaczęła się budowa Trasy Toruńskiej. Ta budowa trwała 40 lat, zakończyła się w 2015 roku. Zatem spory fragment mojego życia upłynął w cieniu budowy Trasy Toruńskiej. Ona jakby wyznaczała cała epokę dla mnie. <śmiech> Chociaż potem ze Słodowca przenosiłem się na Gwiaździstą, miałem też etap ursynowski i kilkanaście lat mieszkania w Piasecznie. Teraz jestem z powrotem na Bielanach.

Są jeszcze takie miejsca, może gdzieś w Stolicy, gdzie czuję się Pan równie dobrze?

Bardzo lubię Stary Mokotów. Ostatnio odkryłem ciekawe miejsce - Nowy Teatr przy ulicy Madalińskiego. Można tam zjeść późne śniadanie połączone z obiadem. W dodatku jest to kuchnia wegańska, a ja akurat jestem już od kilku lat na diecie roślinnej. Więc bardzo mi pasuje, żeby od czasu do czasu się tam stołować. Miła, przyjazna przestrzeń. Parę razy już tam byłem i chętnie będę tam wracał. Lubię też czasami znaleźć się na plaży nad Wisłą, niezależnie czy płonie tam ognisko, czy nie. Były takie lata, jeszcze kiedy pracowałem w Szpitalu Bródnowskim, że po pracy jechałem na plażę niedaleko ZOO i kąpałem się w Wiśle. Nawet zwróciła na mnie uwagę policja wodna, przywołując mnie do porządku przy pomocy megafonu. <śmiech>

Postaram się też jak ognia unikać pytań o łączenie zawodu lekarza z zawodem artysty. To pytanie, które podejrzewam, pojawia się w większości z Pana wywiadów. Domyślam się też, że nie robi to już na Panu większego wrażenia. W końcu nieczęsto zdarza się okazja porozmawiać z praktykującym lekarzem i jednocześnie praktykującym artystą…

Ja też do tego pytania z biegiem czasu inaczej podchodzę i w miarę jak lepiej samego siebie rozumiem, to potrafię chyba lepiej na nie odpowiedzieć. Ostatnio jestem na takim etapie, że uważam siebie za nieuleczalnego dwuzawodowca. Próbowałem zrezygnować zarówno z jednego, jak i drugiego - nie udawało się. Ostatecznie ukształtowało się to na takim poziomie, żeby dało się to, z jakością nadającą do zaakceptowania, łączyć. Wiadomo, że generalnie nie jest dobrze się rozdwajać ani roztrajać, bo nic nie wychodzi dobrze. Ponieważ jednak swoją praktykę lekarską bardzo lubię, ograniczyłem ją jedynie do praktyki ambulatoryjnej. Tu prawdopodobnie zadziałał silny przykład mamy, która była znakomitym psychiatrą. Pracowała w Tworkach. Miałem okazję obserwować ją w pracy nie tylko na dyżurach, ale również i w ambulatorium. To chyba potem odezwało się przy wyborze studiów, a teraz zostałem przy praktyce ambulatoryjnej, jak mama w ostatnim okresie życia. Obecnie pracuję w sumie w czterech gabinetach. W tygodniu mam co robić.

Z piosenek pewnie też ciężko zrezygnować…

Zdecydowanie. Ja lubię pisać piosenki, a skoro już piszę, to lubię się nimi dzielić. Wcześniej estrada była oparta, w moim przypadku, na kompleksie narcyza. Lubiłem być podziwiany. W tej chwili podziwiać już nie ma czego, ale dzielić się twórczością nadal lubię, tak jak lubiłem to robić jeszcze w liceum. Wtedy zaczynałem pisać piosenki i ludzie prosili mnie o to, aby śpiewać swoje bądź czyjeś utwory. Teraz to wróciło na podobną niszę, jak wtedy. Gram głównie na małych scenach - w domach kultury, w teatrach czy klubach. Zazwyczaj też w małych składach. Elektryczne Gitary mają coraz mniej koncertów, ale ciągle jest zapotrzebowanie. Żeby jakoś psychicznie wytrzymać wykonywanie dość podobnego repertuaru, to założyłem salę prób. Przychodzimy tutaj, opracowujemy nowe wersje piosenek, sięgamy do tych piosenek mniej granych. Trochę przemycamy nowych, też dla naszego komfortu. Żeby i publiczność była zadowolona i wykonawca się nie męczył.

Choć, jak wspominał Pan w swojej autobiografii, ta dwuzawodowość łączyła się. Zdarzało się, że był Pan wzywany na oddział pod hasłem „pacjent w śpiączce”, a chwilę później ten właśnie pacjent rzucał do Pana „O, to Kuba Sienkiewicz”…

Tak, i to nie jest zmyślona historia. Pacjent był w zupełnie dobrej formie, rozpoznał mnie. Nie musiałem już żadnych testów przeprowadzać, a na pewno nie był w śpiączce. <śmiech>

Było więcej takich zabawnych historii? Zawód artysty pomagał w pracy lekarza?

Tak, oczywiście. Będąc znanym z estrady mogłem na przykład łatwiej załatwić dofinansowanie jakiegoś projektu badawczego czy wyjazd na sympozjum albo konferencję. To mi pomagało, bo jednak sponsorowanie lekarzy polega też na tym, że firma farmaceutyczna inwestuje swój sponsoring w kogoś rozpoznawalnego. Różne obserwacje z praktyki lekarskiej stanowiły po jakimś czasie materiał do piosenek. Oczywiście w sposób przetworzony, ale to seryjne doświadczenie z ludźmi przekładało się na różne pomysły.

Przejdźmy jednak do najnowszego albumu w Pana kolekcji… a właściwie powinienem powiedzieć „solowego programu”, bo widziałem, że lubi Pan takiego określenia używać.

Obecnie najpopularniejszy sposób słuchania muzyki polega na korzystaniu ze streamingu. Więc określenie program bardziej pasuje. Wiemy też dobrze, że wykonawcy lubią teraz swoje nowe utwory dawkować pojedynczo, w postaci singli, lub co najwyżej EP-ki. Ja jeszcze jestem przyzwyczajony do formy pełnego albumu. Choć z kolegami z Elektrycznych Gitar odeszliśmy ostatnio od tego i wydaliśmy singiel z piosenką „Ziemia”. Jest on zapowiedzią kolejnych nowości. Z tym się jednak nie spieszymy. Jesteśmy już w takim wieku, że nie warto.

Właściwie jaką płytą jest „Moja Bańka”?

„Moja Bańka” jest pełnym, 40-minutowym programem. To album koncepcyjny, opiera się na mojej osobistej polemice z narodową konserwą. Zawiera wątki polityczne, światopoglądowe i obyczajowe. To trudna płyta, niektórzy odbierają ją nawet jaką depresyjną. Ona jest o Polsce, o świecie i o mnie. Więc musi być depresyjna <śmiech>

Zaprasza Pan tam słuchaczy do swojej (jak sam tytuł wskazuje) bańki. Ale właśnie… bańki informacyjnej?

Dokładnie, chodzi o bańkę informacyjną. Na okładce płyty jest moje zdjęcie, kiedy jestem zasłuchany w radyjko Szarotka. Okładka oddaje fakt, że śpiewam również o sobie. Sam też selekcjonuję informacje dopływające ze świata i jakąś bańką się otaczam. Ten podział na bańki jest zauważalny nie tylko w Polsce, ale też na całym świecie. Temat jest uniwersalny.

Sam album, mam wrażenie, ma nastrój trochę takiego domowego muzykowania. W warstwie muzycznej jest dość spokojnie, minimalistycznie, domowo. Tekstowo, tak jak Pan wspominał, to polemika z narodowym nacjonalizmem i konserwatyzmem. To też sporo szyderstwa, nie stroni Pan od ironii…

Gorycz, ironia i szyderstwo - to moje główne środki wyrazu. Już zaczynając od pierwszej piosenki „Rachuciachu”, gdzie podmiotem lirycznym jest dziecko, które obserwuje świat. Ono stanie się w przyszłości takie samo, jak ten świat, którym przesiąka i który obserwuje w dzieciństwie. Okropny świat, który powiela te same klęski i upadki w kolejnych pokoleniach. Na zachętę jednak powiem, że wszystko jest podane lekko, bez męki.

Uderza Pan też w wartości. Pełna swoboda przy tworzeniu tej płyty przekształciła się płytę dojrzałą, ale też w artystyczną prowokację. Włożył pan kij w mrowisko.

Mamy tu tęczową Maryjkę, ludobójstwo z bogiem na sztandarach, antykomunistów urodzonych 40 lat za późno, pochwałę polskiego szmalcownictwa i kolaboracji, pomnikozę, narodowców błądzących na manowcach, czyli aktualny krajobraz Polski. O dziwo piosenki są dobrze przyjmowane nawet na terenach opanowanych przez wyborców prawicy.

Jest Pan jednym z przedstawicieli estrady o określonych wyraźnie poglądach. Pana słuchacze na pewno mogli się spodziewać, w jaki sposób będą ukierunkowanie Pana nowe utwory…

Miałem wątpliwości, bo wydawałem album w grudniu zeszłego roku i wtedy było dość entuzjastyczne nastawienie do przyszłości, że jednak rządy się w Polsce zmienią. Wątpliwości moje polegały na tym, czy wydając taką płytę powoli nie zbliżam się do kopania leżącego. Jednak jak pokazały kolejne miesiące, sytuacja nie jest taka oczywista. <śmiech> Wiadomo, że dla piosenkarza zaangażowanego lepiej jak jest źle, bo wtedy jest powód do kontestacji. Jednak zapewniam, że bardziej w normalnych czasach też znajduję tematy do śpiewania.

Kiedy pojawia się temat Pana dzieci, siłą rzeczy mówi się najwięcej o Kasi i Jacku. Tutaj zaśpiewała z Panem najmłodsza córka - Zosia. Myśli Pan, że pójdzie w ich ślady?

Najmłodsza córka, lat wówczas 12. Bardzo jestem zadowolony, uważam jej głos za istotną ozdobę tej płyty. Obecnie skończyła już pierwszy stopień, zdecydowała się iść do szkoły muzycznej drugiego stopnia. Wygląda na to, że muzyka będzie w jej życiu ważna. Co prawda u małego dziecka trudno jeszcze powiedzieć co się wyklaruje. Teraz dzieci są zmuszane do podejmowania dosyć wcześnie pewnych, trudnych decyzji poprzez profilowanie szkoły. Muszą nawet określić priorytety co do profilu klasy. Oczywiście to można odkręcić. Jednak dziecko jest już w pewnym sensie skrępowane. To są rzeczy, o których trzeba już myśleć i rzeczy, o których ja w tym wieku jeszcze nie myślałem.

Rodzina Sienkiewiczów, w tym sensie artystycznym, cały czas jest gdzieś obecna. Pana Ciotka - Krystyna Sienkiewicz, Pan i teraz Pana dzieci…

Tak, jeszcze pomiędzy Kasią, Jackiem i Zosią jest Julia Sienkiewicz, która jest już dorosła, ale nadal uczy się muzyki. Szkoli się w pianinie jazzowym i wokalistyce, więc pewnie też zechce z tym kiedyś wyjść do ludzi. Zobaczymy, bardzo chciałbym, aby tak było.

Skoro otworzyliśmy już ten temat potomstwa… obecna popularność Kwiatu Jabłoni, osiągnęła wielkość na miarę co najmniej tej, którą osiągnęły Elektryczne Gitary w latach 90.

Większą, zdecydowanie większą. Oni są już innym pokoleniem. Są perfekcyjni, tam nie ma żadnej niedoróbki, wszystko jest dopracowane i dopięte na ostatni guzik. Bilety na koncerty sprzedają  się w kilka minut. To jest dla mnie w ogóle nie do pomyślenia.

Wydaje mi się jednak, że ta obecna konwencja kameralnego bardzo teraz Panu odpowiada…

Tak, zdecydowanie tak. To jest mój żywioł. Tam gdzie widownia jest blisko, gdzie mogę nawiązać z nią kontakt, skomentować coś, znaleźć bieżący kontekst. To jest mi bliższe. Kiedy grałem na koncercie „Przystanek Woodstock”, a przed nami było ok. 500 000 ludzi, miałem wrażenie, że obserwuję jakiś krajobraz. Że to jest po prostu pejzaż. <śmiech>

Teksty na „Mojej Bańce” są, tak jak wspominaliśmy, dość wyraźnie ukierunkowane. Przeglądałem sporo ostatnich Pana wywiadów. Jest dużo o muzyce, zawodzie lekarza. Ale wiele z nich to po prostu rozmowy światopoglądowo-polityczne, więc zahaczę o ten wątek. Mamy ponure pod tym względem czasy? Rzeczy dziejące się obecnie w polskiej polityce nie nastrajają optymistycznie?

To, co bym najbardziej podkreślał, to fakt dewastacji pozycji Polski w polityce międzynarodowej, szczególnie w kontekście naszego bezpieczeństwa. O sprawach gospodarczych można dyskutować. Nawet sam Donald Tusk chwali zarówno przekop Mierzei Wiślanej, jak i Centralny Port Komunikacyjny. Ja się nabijam z tego podczas koncertów, z tych flagowych inwestycji. Jednak nie to jest najważniejsze. Najgorsze jest dewastowanie naszego bezpieczeństwa, skłócanie nas z sojusznikami, niszczenie służb wojskowych, kontraktów militarnych. To są rzeczy, z którymi nie można igrać. W ten sposób znajdziemy się sami, w strefie niczyjej i polegniemy. To są działania robione tylko po to, aby utrzymać władzę. Nie zwraca się uwagi na to, co będzie później. Może być taka sytuacja, że będziemy potrzebowali tej pomocy, a sojusznicy się na nas wypną…

Pan walczy z tym trochę na swój sposób - sposób bardzo charakterystyczny, poprzez ironię. Pamiętam występ w Opolu w 2016 roku. Zrobił na mnie wrażenie, zawsze tak sobie wyobrażałem artystę zbuntowanego. Wychodzi na scenę, wszystko wydaje się normalne… aż tu nagle pojawia się niespodziewana zwrotka. Ironiczne, ale organizatorzy nie kryli pewnie niemiłego dla siebie zaskoczenia.

Na próbie faktycznie jej nie zaśpiewałem, dopiero na wizji <śmiech>. Ja jeszcze pod koniec 2015 roku uważałem, że środowisko artystyczne nie powinno się dzielić i skłócać politycznie… że powinniśmy być ponad to. Okazało się jednak, że dawno jest po wszystkim. Już wtedy funkcjonowali twórcy zdecydowanie opowiedzeni po stronie prawicowego, konserwatywnego populizmu. Akurat piosenka „Kiler” idealnie nadawała się do tej formy protestu, ponieważ był to dzień festiwalu opolskiego, gdzie były wykonywane utwory związane z filmami. Skoro „Kiler”, to pomyślałem, że piosenka ma taką otwartą formę w końcowej części, że mogę tam podmienić tekst. I po prostu to zrobiłem.

Zapewne od tego czasu telefon z Woronicza już się nie pojawił?

Nie… aczkolwiek nie w stu procentach. Na przykład regionalna telewizja publiczna jeszcze przez kilka lat puszczała moje piosenki historyczne z programów o tej tematyce, czyli „Historia” oraz „Czasowniki”. W roku 2016 byłem natomiast u Ryszarda Makowskiego w audycji „Cafe Piosenka”, także w telewizji regionalnej. To chyba jednak były moje ostatnie podrygi, bo później TVP zrobiła się już tak nachalnie partyjna, że już mnie nie zapraszano.

Z Elektrycznymi Gitarami gracie wciąż, choć tak jak Pan wspominał gracie mniej. Leży tutaj przy mnie Wasz ostatni krążek - „2020”, niedawno wrzuciliście do sieci utwór „Ziemia”. To zapowiedź nadchodzącej płyty czy po prostu należy to traktować jako pojedynczą publikację?

Poszliśmy za ciosem i przygotowaliśmy oraz przećwiczyliśmy w sumie 4-5 piosenek tak, aby powiesić je w odstępach co parę miesięcy. Na pewno powstanie z tego EP-ka, a potem zobaczymy… Nikt nie oczekuje od Elektrycznych Gitar całej płyty, więc myślę, że będziemy raczej dozować.

Zespół Elektryczne Gitary mógł przecież nie powstać. Początkowo nie był Pan przekonany do nowego brzmienia swoich utworów, powstałych w latach 80. Jak sam Pan wspomina, Piotr Łojek, który namawiał do założenia grupy - bardzo Pana denerwował. Mimo tego, koniec końców dopiął swego, a zespół zaczął grać.

Namawiał Piotr Łojek, ale też Rafał Kwaśniewski, którzy wykonali bardzo znaczącą pracę promocyjną. Nasze demówki roznosili do rozgłośni, a tych powstawała wtedy cała masa, bo to był rok 89’ i początek lat 90. Oni chodzili po tych rozgłośniach i kopiowali te piosenki na taśmy szpulowe. Wtedy krótka taśma szpulowa, czyli radiówka, służyła jako singiel do emisji radiowej. Redaktorzy radiowi bardzo nasze kawałki polubili i puszczali je w naprawdę dużych ilościach. Nie w ten sposób, że promowali jeden czy dwa utwory w formie powersingli, tylko puścili wszystko co tam przynieśliśmy, a nagraliśmy takie demo złożone chyba z 12 utworów. Stworzyło to atmosferę oczekiwania na płytę. Już mieliśmy dużo emisji, a taka normalna płyta kompaktowa ukazała się dopiero w 1992 roku, kaseta rok wcześniej. Wyraźny skok popularności zauważyliśmy, gdy weszła do sprzedaży płyta kompaktowa, która bardzo ułatwiła emisję piosenek.

Te pierwsze albumy Elektrycznych Gitar są obecnie właściwie niedostępne. Nie było chyba żadnych wznowień…

Nie było wznowień tych dwóch pierwszych płyt, czyli „Wielkiej radości” i „A ty co”. Jest jednak w tym temacie dobra wiadomość. Na święta oba te albumy pojawią się w wersji winylowej.

Nazwę wybraliście dość prostą - Elektryczne Gitary. Do głowy przychodzą od razu… Czerwone Gitary. Widziałem tegoroczny wywiad w TVN, gdzie Andrzej Sołtysik był bliski, żeby dokonać tej klasycznej pomyłki.

Nie jest to na szczęście bolesna pomyłka. Trochę stylistyki Czerwonych Gitar przeniknęło do naszych pierwszych utworów, szczególnie tych wydanych na płycie „Wielka Radość”. To jednak bardzo szlachetny pop, więc nie zżymam się na to absolutnie.

Ja mam swoje, dwa główne przemyślenia na temat Pana zespołu. Po pierwsze uważam, że jesteście przykładem jednej z nielicznych grup w Polsce, którą znają wszyscy, niezależnie od pokolenia. Od najmłodszych do najstarszych i nawet jeśli myślą, że nie znają, to na pewno nie raz nucili którąś z Waszych piosenek. Chociażby „To już jest koniec”, „Co ty tutaj robisz”, „Nie pij Piotrek”, czy „Włosy”. Żartobliwie pomyślałem, że to utwory, które pasują na wszelkie wydarzenia. Od apeli szkolnych po pogrzeby. <śmiech> Ma Pan wrażenie powszechności i uniwersalności swoich piosenek?

Sam nawet wykonywałem na akademiach szkolnych piosenkę „To już jest koniec” u swoich dzieci. Te utwory były pisane tak, żeby w tekście, a nawet często w refrenie znajdowało się odniesienie do powszechnego ludzkiego doświadczenia, albo przynajmniej jakiś zwrot z mowy potocznej, który sprawiał, że piosenka łatwiej wpadała w ucho. Potem odwrotnie, te potoczne frazy wracały do języka zdekonstruowane przez piosenki. Tak się to nakręcało. Na tej zasadzie działały między innymi: „przewróciło się, niech leży”, „jestem z miasta”, „widać, słychać i czuć”.

Drugie przemyślenie, wiele z tych tekstów dojrzewa z czasem. Ja nuciłem „Dzieci wybiegły” już w szkole, ale dopiero kiedy podrosłem zrozumiałem jego prawdziwy przekaz. I właściwie Pana największy przebój ma mocno nihilistyczny charakter. Przewrotna sprawa, prawda? Jak się pan z tym czuje?

Tak, „Dzieci wybiegły” można traktować jako największy przebój. Nawet teledysk powieszony w serwisie YouTube, gdzieś w 2014 roku, zebrał wiele milionów odsłon. To jest piosenka charakterystyczna dla całej mojej twórczości - nihilistyczna, gorzka, ale dająca radość słuchaczowi. Ja generalnie mam niskie zdanie o gatunku ludzkim i staram się to w utworach przekazywać.

Pozostając w temacie tekstów. Słowa do piosenki „Co ty tutaj robisz” powstały na oddziale szpitalnym…

Inspiracja była mocno osobista. Ten tekst to refleksja człowieka znajdującego się w sytuacji, którą sobie sam narzucił, ale nie do końca mu odpowiada. No i w tym momencie pada to pytanie… a ponieważ doświadczenie w tym zakresie jest powszechne, nie tylko w życiu osobistym, ale często w życiu zawodowym, to ten utwór był tak popularny.

A „To już jest koniec”? Odnosi się do jakieś konkretnej sytuacji?

Wydaje mi się, że to piosenka napisana w oparciu o „Lokomotywę” Tuwima, a między wierszami intuicyjnie przewidywała upadek PRL-u. Ona powstała chyba w 1987 roku, mniej więcej w tym samym czasie kiedy „Dzieci wybiegły”. To przeczucie tego końca epoki tam się przewija.

Ale oprócz popularnych i znanych do dziś płyt Elektrycznych Gitar, wydawał Pan również albumy solowe. Mam tu na myśli m.in. „Od morza do morza” oraz „Źródło”. Płyty, na których zawarte zostały m.in. piosenki Pana idoli - Jacka Kleyffa oraz Jana Kelusa. Przechodzę do tego wątku, bo po pierwsze to bardzo interesujący fragment Pana biografii, a po drugie okazało się, że moja ulubiona piosenka wcale nie pochodzi z repertuaru Elektrycznych Gitar, a właśnie z jednej z tych płyt. Utwór „Fiat 126p”. Świetny tekst o niezwykle prozaicznej rzeczy - dojeździe i powrocie z pracy…

„Fiat 126p” jest piosenką właśnie z płyty „Od morza do morza” i była to pierwsza moja solowa płyta, a autorem tego utworu jest Jan Krzysztof Kelus. Autor, który był jednym z niezależnych bardów lat 70., będący bardzo ważną postacią dla mnie. On też, poprzez samodzielne wydawanie własnych kaset, stworzył pewien model kultury niezależnej. Z resztą nie wydawał tylko swoich taśm, ale też innych autorów śpiewających. Proponował model rozliczenia, w którym osobie od której przegrywa się kasety, przekazywać tantiemy odwrotną drogą, tak aby trafiały one do autora. Ja się z tą koncepcją nie zgadzałem. Uważałem, że należy rozpowszechniać swoje utwory po to, aby się po prostu promować, a korzyści przyjdą w innym czasie.

Ale dlaczego to ważna postać? Po pierwsze ja utwory Kelusa śpiewałem, przy ogniskach, na prywatkach… a potem zobaczyłem go podczas recitalu na strajku okupacyjnym Akademii Medycznej w roku 1981. Co było dla mnie dodatkowo istotne okazało się, że Jan Kelus jest pracownikiem naszej Akademii, a konkretnie Zakładu Socjologii. Jednego dnia przybył do nas z fantastycznym wykładem na temat różnych technik psychosocjologicznych służących manipulowaniu społeczeństwem, a następnego wykonał recital autorski z utworów, które znałem, lubiłem i sam wykonywałem. Pomyślałem, że ja koniecznie też tak muszę i faktycznie tą drogą podążyłem.

Jacek Kleyff to z kolei autor tworzący w stylistyce folkowej, posługujący się bardzo żywą, nawet dramatyczną ekspresją. On był znany wtedy z Salonu Niezależnych, z formacji kabaretowo-artystycznej. Tam działali też Janusz Weiss i Michał Tarkowski. Potem w latach 80., Salon Niezależnych już nie występował. Mieli totalny zakaz urzędu kontroli czyli cenzury. Działali więc samodzielnie. Jacek Kleyff założył Orkiestrę Na Zdrowie i ja wtedy do niego dołączyłem jako gitarzysta solowy. Okazało się, że mieszkamy razem na Słodowcu i przez 2 lata u niego grałem. W tym czasie przyszedł mi do głowy pomysł, aby jego piosenki wydać. Ten pomysł zrealizowałem 10 lat później, w roku 1998 na płycie „Źródło”, która była w całości poświęcona jego repertuarowi.

Wspominaliśmy już o Kasi i Jacku. Kwiat Jabłoni, zespół Pana dzieci. Odnieśli wielki sukces, w tym momencie bilety na ich koncerty sprzedają się w moment, a płyty w ogromnych ilościach. Doradza im Pan? Dzwonią nadal z problemami?

Muszę powiedzieć, że w zeszłym tygodniu mieli awarię, nie dojechali na swoją audycję w radiu 357 - „Kwiatostan” i poprosili mnie o zastępstwo. Miałem na to 2 godziny. Zdążyłem, przygotowałem nagrania i poprowadziłem godzinną audycję. Wygląda na to, że jeszcze się przydaję <śmiech>.

Jedna rzeczy mnie nurtuje. Czy w końcu wystąpicie wspólnie?

Może w przyszłości tak. Do roku 2013 jeszcze występowaliśmy razem, oni mi akompaniowali na moich solowych koncertach. Natomiast wtedy rozpoczynała już działalność ich formacja Hollow Quartet. Uznaliśmy, że nie będziemy się afiszować z tymi rodzinnymi związkami i przestaliśmy zarówno występować razem, jak i wspominać o naszych rodzinnych związkach. Nie chcieliśmy sytuacji, gdzie pójdzie jakaś plotka, że oni uzyskali coś dzięki mnie. To się udało, bo dopiero jak już mieli ugruntowaną pozycję to wróciliśmy do tematu. Są jednak bardzo zajęci i mają bardzo dużo planów, które nie uwzględniają mnie. Niech sobie najpierw je zrealizują. <śmiech>

Kiedy umawialiśmy się na rozmowę, rzucił Pan żartobliwie, że poprosi o przypomnienie dzień wcześniej, w końcu pamięć już nie ta sama co w młodości. Myśli Pan powoli o emeryturze?

Pewne takie horyzonty już sobie porobiłem. Do czerwca przyszłego roku będę pracował w fundacji, gdzie zajmuje się osobami z chorobą Parkinsona i zakończę tym samym nasz, ponad 20-letni okres współpracy. W Szpitalu Bródnowskim zakończę pracę w listopadzie 2024 roku. Zostawię sobie jeszcze dwa gabinety, tu na Bielanach, ale nie będę już dużo pracował. Chciałbym po prostu mieć czas na domowe muzykowanie. Tak widzę na razie swoją częściową emeryturę. Chciałbym zrealizować jeszcze pewne pomysły twórcze. Jestem w trakcie nagrywania kolejnej płyty, która powinna się ukazać w analogicznym okresie, co „Moja Bańka”, czyli grudzień tego roku. A w szufladzie dojrzewają jeszcze kolejne programy. Jest co nagrywać.

Kariera artysty zdaje się jednak nie mieć aż takich ograniczeń. Wyobraża sobie Pan siebie za 10-15 lat na scenie, nawet w tej kameralnej formie? Jest dzisiaj wielu, którzy pokazują, że granice wieku właściwie nie istnieją.

To znaczy zależy jaki gatunek się uprawia. W przypadku piosenki autorskiej, którą gram na siedząco, nie udaje młodszego niż jestem, to spokojnie dam radę.

Aczkolwiek w przypadku muzyki rockowej ta granica też się mocno przesunęła… Istnieją szlachetne przykłady, takie jak chociażby Mick Jagger

Ale Mick Jagger jest w lepszej kondycji fizycznej <śmiech>. Dbał o siebie, przynajmniej o swoją sprawność ruchową, dbał konsekwentnie i to procentuje mu teraz, na stare lata. Ja tak nie dbałem, więc muszę robić w nieco innym gatunku. <śmiech>

Wspomina Pan, że kolejna płyta jest już gotowa. Zdradzi Pan coś więcej na ten temat?

Rzeczywiście jeszcze o niej nie mówiłem. Roboczy tytuł  „Pani Bóg” . Nagrywam ją z wybitnymi muzykami grającymi w stylu gypsy swing (Sebastian Ruciński, Tomasz Wójcik) ze Śląska. Współpracuję z nimi przy formacji, którą nazwaliśmy Kwartet Jurajski. Od kilku lat, jeśli jest jakaś dobra okazja, południe Polski obstawiamy właśnie Kwartetem Jurajskim. Wydaliśmy również płytę „Drugie dno”, która była mocno elektryczna. Bardziej elektryczna niż Elektryczne Gitary. Tym razem nagrywamy zupełnie akustyczne wersje piosenek, w stylu takiego jazzu gitarowego z kręgu Hot Club de France.

Tematycznie to będzie płyta odpowiadająca „Mojej Bańce”?

Niestety tak. <śmiech> Płyta będzie nadal zaangażowana.

I na koniec. W książce wspomina pan, że czas teraz na komponowanie muzyki do filmów katastroficznych. Niedługo później jest mowa o muzyce do toalet. Co teraz w takim razie?

Różne takie programy przychodzą mi do głowy. <śmiech> To był akurat żart, taki dość hermetyczny. Aluzja jest tutaj do Funduszu Popierania Twórczości Stowarzyszenia Autorów ZAIKS, gdzie można wymyślić projekt artystyczny i jak się to dobrze uzasadni, to uzyskać jakieś częściowe finansowanie. Pojawia się więc taki pomysł jak muzyka do toalet, muzyka na parking… Pytano mnie ostatnio czy zrobiłbym muzykę do kolejnej części „Kilera”. Oczywiście, zrobiłbym. Tylko to jest chyba na razie w sferze pomysłów i pobożnych życzeń. Może po prostu sam Cezary Pazura był entuzjastą tego pomysłu i zaraził innych taką wizją. Do tego potrzeba jednak całego sztabu ludzi. Na tym poziomie produkcji, jak kręcono poprzednie części, na pewno by to nie przeszło. Jeżeli się to wydarzy, to dobrze. Jeżeli się nie wydarzy, to drugie dobrze.

© 2023 Wszystkie prawa zastrzeżone


Yes "Close to the Edge"




Rock progresywny? „Styl muzyki rockowej popularny zwłaszcza w latach 70. XX wieku, charakteryzujący się wpływami klasycznymi, wykorzystaniem instrumentów klawiszowych i długimi kompozycjami. Utwór, który trwa prawie czternaście minut jest klasycznym przykładem wszystkiego, co dobre w rocku progresywnym.” Ciężko jest jednoznacznie ocenić, czym właściwie jest ten gatunek. Kiedy wpisałem to hasło w polski internet nie znalazłem jednej, usystematyzowanej odpowiedzi. Poszperałem też wśród angielskich definicji, tu podpowiedzi na szczęście było nieco więcej…

Klasyczne zespoły będące wiodącymi przedstawicielami rocka progresywnego? Nie chcę tworzyć ścisłego TOP 5. Każdy z Was, kto fanem progresywności jest, na pewno wskazałby swoje. Ja nie byłbym w stanie przy tego typu klasyfikacji pominąć takich tuzów jak Yes, Genesis, czy King Crimson.  Największych pionierów, propagatorów, dystrybutorów gatunku. Uff, dużo trudnych słów.

Yes. Kilkukrotnie mnie pytaliście, czy w mojej kolekcji znajdzie się coś z dyskografii tej formacji. Zawsze odpowiadałem przecząco… aż do zeszłego tygodnia. Sięgnąłem po klasykę. Zastanawiałem się co prawda nad genialną koncertówka „Yessongs”, ale w wyniku konsultacji z profesorem w dziedzinie progresywności, czyli moim tatą, padło na „Close to the Edge”. Bo ten album nie jest tylko progresywny. To krążek PROGRESYWNY. Wyłuszczam to caps lockiem, bo to kwintesencja tego gatunku. Autorzy wszystkich definicji w słownikach tego świata: nie ma co się silić na wielozdaniowe teksty. Przedstawiam swoje wyjaśnienie. Rock progresywny to… Yes „Close to the Edge”.

Ten album to wybitne dzieło. W kategorii klasycznych płyt progresywnych, mało która mogłaby go wyprzedzić. Co ciekawe zespół gra tu ekonomicznie i sięga po bardzo oszczędne środki wyrazu. Jednak mimo wykorzystaniu tak niewielu motywów stworzono płytę, które jest kwintesencją samą w sobie. Połączenie wirtuozerii, zdyscyplinowania i muzycznej wyobraźni. Do tej oszczędności dobrano nawet bardzo ascetyczny projekt okładki. Wbrew swej prostocie „Close to the Edge” i tak stało się symbolem dojrzałości artystycznej i przede wszystkim znakomitej współpracy wszystkich muzyków.

Fani rocka progresywnego: ten album to kamień milowy tego gatunku. Oddawajcie mu to co należne – szacunek.

© 2023 Wszystkie prawa zastrzeżone


Led Zeppelin "IV"




Podobno majętni miłośnicy sztucy, kolekcjonujący niezwykle cenne dzieła artystyczne, posiadają w swoich posiadłościach sekretne pokoje, w których spędzają godziny „sam na sam” wraz ze swoim skarbem. Wiecie, to taki częsty motyw filmowy. Stalowe drzwi zamykane na kod, lasery i wiele innych zabezpieczeń. W takim pomieszczeniu musi znajdować się oczywiście jakiś, wart fortuny obraz, a najlepiej jeszcze zaginiony i pilnie poszukiwany. Postanowiłem przekuć sobie taką sytuację na płaszczyznę muzyczną. Z jakim utworem zamknąłbym się na wiele godzin i wsłuchiwał się w niego bez końca? Jakie dźwięki chroniłbym przed światem, chcąc je tylko dla siebie? I muszę wam się przyznać… w ostatnim czasie chyba poznałem w końcu na te pytania odpowiedzi.

„Stairway To Heaven”. To jedno z tych dzieł, o których nigdy nie słyszałem słowa „przereklamowany”. Ja sam tego utworu długo nie słuchałem. Swego czasu wydawał mi się bardzo wyeksploatowany i zrobiłem długą przerwę. Ale ostatnio… ostatnio znów powrócił. Bo bez wątpienia to jeden z kawałków wszechczasów. Jedna z tych kompozycji, która zasługuje na ten wspominany wcześniej pokój. Akustyczny wstęp i zmiany tempa zakończone hardrockową końcówką. Masterpiece.

No dobra, ale to nie jest recenzja utworu. Ciężko żeby była, to nie miałoby sensu. Tematem przewodnim jest dziś płyta, na której ten kawałek się znajduje. Płyta… bez tytułu. Przylgnęło, że to zeppelinowa czwórka i niech tak pozostanie. Chyba mój ulubiony krążek w dyskografii tego zespołu.

Reszta kompozycji tutaj raczej nie dorównuje „schodom do nieba”. To nie tak, że są słabe. Absolutnie nie. Są bardzo dobre. „Black Dog” jest przecież znakomicie hardrockowe. „Four Sticks” ma fajne, funkowe naleciałości, a „Misty Mountain Hop” cieszy elektrycznym pianinem i motorycznym rytmem. Jest też kończący „When the Levee Breaks”. Również świetny.

I wiecie co? Nie szata zdobi płytę. Spójrzcie na tą okładkę… odrapana ściana i jakiś obraz. Człowiek zbiera chrust. To opakowanie niech Was nie zmyli. To kawał fantastycznego grania, niepozornie zapakowanego. I dobrze, to właściwa zależność – nieciekawa okładka, przeciekawa zawartość.

© 2023 Wszystkie prawa zastrzeżone


Page & Plant "No Quarter"




Urodziłem się w 1999 roku. Dzisiaj chcę jednak zacząć od zgoła innej daty. 1980 rok – banalnie proste wyliczenie szybko wskazuje, że mówimy o okolicznościach, które zdarzyły się 19 lat przed moimi narodzinami. Zrobiłem więc szybki research i wypisałem sobie kilka najważniejszych wydarzeń, które miały wówczas miejsce. W kwietniu niepodległość uzyskało Zimbabwe, w Stanach Zjednoczonych zmarł genialny Alfred Hitchcock, a w grudniu dokonano zabójstwa Johna Lennona. W tym samym miesiącu stało się jednak coś jeszcze. Tak jakby odejście jednego z Beatlesów nie było wystarczającym ciosem dla muzyki... Zmarł John Bohnam, a chwilę poźniej rozwiązano Led Zeppelin. Kolejne proste wyliczenie: od tego momentu mijają 43 lata. Wielu czekało, ale od tego momentu Zeppelini już nigdy nie powrócili w pełnej formie.

Najbardziej nieprzejednany i zawzięty w tej kwestii był zawsze Plant. Jednak nawet on pozwolił sobie na pewne ustępstwa. W latach 90 znów zaczął współpracować z Pagem, czego efektem jest m.in. wspomniane dzisiaj „No Quarter”. To nie było jednak Led Zeppelin, nie było tutaj Jonesa, nie było (co oczywiste) Bohnama. Plant pytany gdzie znajduje się basista i klawiszowiec swojego dawnego zespołu, odpowiadał lekceważąco „na zewnątrz, parkuje samochód”. To były te niuanse, to były te rysy, które sprawiały, że to nadal był jedynie szyld „Page&Plant”.

Panowie nagrywając ten krążek zrealizowali także jedno ze swoich marzeń. Zawsze chcieli nadać utworom Zeppelinów nieco innego brzmienia. Wtrącić trochę orientu, egzotycznych instrumentów. Choć całość materiału zarejestrowano w londyńskim studio, część utworów doczekała się też swojej nietypowej wersji na żywo. „City Don't Cry”, „Wah Wah” i „Yallah” pochodzą z wycieczki obu muzyków do Maroka. Szczególnie ten ostatni jest znakomity. Świetny muzycznie, dokładając do tego zgiełk gwarnego i zatłoczonego marokańskiego targu daje świetny efekt. Fenomenalnie słucha się też klasyków. „No Quarter” w nowej aranżacji nabrało zupełnie innego wymiaru, „Since I've Been Loving You” jak brzmiało pięknie, tak zabrzmiało również tutaj, a „Kashmir” choć nie ma tego pazura, wciąż powala na kolana.

Potem Page i Plant znowu powrócili, tym razem z premierowym materiałem... później ich drogi po raz kolejny się rozeszły. Cieszy jednak fakt, że „zatańczyli” jeszcze raz. Ich ostatnim wspólnym wydawnictwem nie będzie przynajmniej „Coda”.

© 2023 Wszystkie prawa zastrzeżone


Robert Gawliński "Solo"




Trzy, no może maksymalnie cztery. Kiedy wertuję dyskografię Wilków, czy solowe dokonania Roberta Gawlińskiego to właśnie tyle albumów zwraca moją uwagę. Całkowicie nie uznaję tego, co Wilki nagrywały po odwieszeniu działalności. Niespecjalnie przepadam też za tym, co Robert proponował na swoich albumach, które nagrywał po „Kwiatach Jak Relikwie”. Zawężając tak mocno pole manewru, nie zostaje nam wiele opcji. Pomyślałem więc, że czas wyeksploatować temat do granic możliwości i zabrałem się za solowy debiut Gawlińskiego. Skoro niedawno omawialiśmy Wilki, pozostańmy jeszcze trochę w temacie…

… tym bardziej, że praca nad tą recenzją okazała się zaskakująco lekka i zwiewna. Bo właśnie trochę taka, w warstwie muzycznej, jest ta płyta. W pewnym sensie oczarowuje. Nie dziwię się, że Gawliński hipnotyzował, szczególnie tę żeńską część widowni, w latach 90. „Solo” ma w sobie ten pierwiastek, a dzięki uzyskanym brzmieniom śmiało można powiedzieć, że to jedna z płyt, które ukształtowały polską muzykę tamtego okresu.

Choć nie jest tu monotonnie i nie jest tu tylko spokojnie. Te 13 utworów to swego rodzaju walka żywiołów. Dobro i zło, ogień i woda, życie i śmierć. Od dźwięków pełnych zadumy i refleksji („O Sobie Samym”), przez ckliwe momenty („A Moment Of My Way”, aż po dynamiczne gitarowe riffy („Armia Armagedon, „Jasne Ulice”). „Armia Armageddon” sprawia wręcz wrażenie, jakby została wyrwana zupełnie z innej bajki. Jest tu bardzo ciężko i duszno… nawet mistycznie, a Gawliński udowadnia swoją wszechstronność. Znakomity kawałek.

Sfera duchowa. Tak, teksty odwołują się przede wszystkich do uniwersalnych i najbardziej znanych nam wartości. Słyszymy fragmenty o samotności, ciągle przewija się pojęcie miłości. Wszystko przeplatane odniesieniami do biblii, motywem krzyża czy bólem i cierpieniem. Przylgnęła swego czasu do wokalisty Wilków łatka szamana. Ta płyta trochę to wyjaśnia. Gawliński jest tutaj swego rodzaju duchowym przewodnikiem.

Z serii udanych krążków „okołowilkowych” jest to dla mnie album numer dwa. Poza świetnym debiutem Wilków, warto sięgnąć jeszcze po „Kwiaty jak Relikwie”, właśnie „Solo”… i ewentualnie jeszcze „Acousticus Rockus”.

© 2023 Wszystkie prawa zastrzeżone


Electric Light Orchestra "Time"




Wpadłem ostatnio do pewnej kawiarni posiedzieć chwilę i wypić coś dobrego. Zamówiłem kawę, zająłem miejsce, a w rogu pomieszczenia, w którym znalazłem stolik, wypatrzyłem gramofon. Obok tego gramofonu znajdowały się, natomiast ułożone w rządku, mieniące się swoimi okładkami, płyty winylowe. Po dłuższej chwili ciszy, jedna z kelnerek podeszła do adaptera, nałożyła jedną z rzeczonych płyt… a sekundę później z głośników rozległy się dźwięki najlepszego albumu Electric Light Orchestra - „Time”.

Niespodziewanie szybka kawa zmieniła się w prawie godzinną wizytę. Wstałem dopiero wtedy, kiedy usłyszałem ostatni trzask płyty. Wcześniej siedziałem nieco zahipnotyzowany. Co prawda nie była to moją pierwsza styczność z tym krążkiem, ale nigdy nie zabrzmiał on dla mnie tak dobrze. Dokładając zupełnie nieoczekiwane okoliczności tego odsłuchu, całość miała wyborny smak. Ta kawa była nie tylko dobra, ona była również na wskroś inspirującą. Bo przecież gdybym nie miał na nią ochoty, dzisiaj nie opisywalibyśmy sobie tej płyty. W planach miałem zupełnie coś innego, a potem zaśpiewał Jeff Lynne i dzięki temu dziś opowiadamy sobie o jednym ze sztandarowych krążków lat 80.

Odrabianie pańszczyzny. Kto z nas nigdy nie robił czegoś, do czego był przymuszony wcześniej zawartymi zobowiązaniami niech pierwszy rzuci kamieniem. Wspominany już wcześniej Lynne odrobił swoją pańszczyznę wydając między innymi ten album. Po premierze soundtracku „Xanadu” oraz wcześniejszej „Discovery” zamierzał odwiesić szyld ELO na kołek i całkowicie poświęcić się pracy producenta. Nie wyszło. Wytwórnia przypomniała Jeffowi o zapisach umowy i wepchnęła go do studia, aby zrealizował jeszcze trzy krążki „elektryków”. Płyta powstała na siłę, Lynne niespecjalnie za nią przepada, a szczerze… jest znakomita, weszła do kanonu i brzmi absolutnie świetnie.

„Time” to w dodatku concept album. Główny bohater przenosi się w czasie do roku 2095, niejako tęskniąc cały czas za utraconymi latami 80. Wrażenie konceptu dodatkowo umacnia nam brak tzw. ścieżek ciszy. Wszystko na tym albumie dzieje się ciągiem, jest jedną wielką historią… i ja bym się chętnie w tą historię zanurzył, poopowiadał jeszcze trochę o „Time”, ale…

… „Remember the good old 1980’s, When things were so uncomplicated”. Ta płyta właśnie taka jest. Beztroska i przenosząca w lata 80. Jakby wtedy wszystko było proste i wspaniałe. I to wystarczy.

© 2023 Wszystkie prawa zastrzeżone


Wilki "Wilki"




„Baśka miała fajny biust”, „Był chyba maj, Park na Grochowie”, „Pijemy za lepszy czas, za każdy dzień, który w życiu trwa”. Te trzy cytaty chyba wystarczą, aby szybko zorientować się z jakim zespołem mamy do czynienia. Bo czy ktokolwiek posiadający odbiornik radiowy w Polsce może nie wiedzieć o kogo chodzi? Przeboje, które wylansowały Wilki już w nowym tysiącleciu, do dziś są zamęczane i regularnie zapętlane. Założę się jednak, że niewiele osób może mieć pojęcie, że nie od samego początku grupa szła w tak przebojowy poprock. Jej debiut był zgoła inny, choć wywołał w sumie tak samo duże poruszenie jak wspomniana „Baśka”. Stał tylko na zupełnie innym, nieporównywalnie wyższym poziomie. Był świeży, był nowatorski, był niecodzienny, był poruszający. Tak, dziś debiutancki album Wilków. Album co najmniej bardzo dobry.

Niebotyczne liczby. Jak na ówczesne czasy krążek rozszedł się w fenomenalnym nakładzie. W jakim dokładnie? W tym przypadku statystyki sobie, prawdziwe życie sobie. To był początek lat 90-tych, kiedy rynek pirackich kopii przeżywał największy rozkwit. Nie jest fizycznie możliwe, aby ustalić ile egzemplarzy sprzedano… pewnie gdyby doliczyć „szarą strefę” otrzymalibyśmy wartość dwukrotnie większą niż oficjalną. Mimo tego był to wynik oszałamiający, choć początkowo niewiele na taki sukces wskazywało. Dobór singli nie był specjalnie trafiony, a hitowy „Son of The Blue Sky” został uznany jako niewarty uwagi. Szybko jednak błąd naprawiono i to co stało się dalej, przerosło wszelkie oczekiwania.

Zapanował szał na Wilki. Ktokolwiek usłyszał po raz pierwszy tę płytę, nie mógł podejrzewać, że jest to debiut. Debiutanci po prostu nie nagrywają muzyki tak dojrzałej i wyjątkowej. Tu nic nie było kopią, tu właściwie nic nie było wtórne. Wątpię, żebym był w stanie znaleźć drugi, podobnie brzmiący krążek. Fenomenalny, miejscami niepokojący, miejscami przesterowany wokal Gawlińskiego. To on głównie buduje cały nastrój. Dokładając do tego syntezatorowe fragmenty, plemienne bębny, nieskomplikowane, aczkolwiek bardzo chwytliwe solówki gitarowe - naszym oczom ukazuje się właściwie całość materiału. Będę nudny… ale tu się wszystko zgadza. Od intrygującego wstępu („Eroll”, „Nic Zamieszkują Demony”), poprzez znakomite ballady („Son of The Blue Sky”, „Beniamin”), czysto rockowe kawałki („Amiranda”, „Glorya”), aż po dynamiczny „Aborygen”.

Dodatkowo poetyckie teksty, znakomity mastering i aranże. Ostatnio odkryłem tą płytę po raz kolejny. Ale wiecie co? Chcę ją odkrywać jeszcze i jeszcze.

© 2023 Wszystkie prawa zastrzeżone